1200 km i 16h w samochodzie by plan na sobotę móc zrealizować w 100%. Jest popołudnie dnia następnego. Nadrabiamy blogowe wpisy 😉 Tak więc po kolei …

Jak już pisaliśmy wcześniej, wyruszyliśmy z Milówki przed wschodem słońca. Podróż już na wstępie zgotowała nam niespodziankę. Plan był taki – przejście graniczne ze Słowacją w Zwardoniu gdzie powinna zacząć się od razu autostrada. Rzeczywistość okazała się jednak nieco inna. Droga do Zwardonia prowadząca taką bardzo ładną ulicą w górach przez tunel okazała się chyba zbyt ładna jak na nasze krajowe warunki bo została zamknięta. Pojechaliśmy więc „objazdem” (prawie jak powtórka z dnia poprzedniego), który był w sumie tylko drogowskazem opatrzonym takim napisem, bo potem nie widzieliśmy już żadnych innych wskazówek odnośnie rzekomego „objazdu”. Granicę Polski przekroczyliśmy w końcu na najbliższym przejściu w Jasnowicach. W tym miejscu Polska owszem się kończy, ale po drugiej stronie są niestety Czechy, nie Słowacja. Zrobiliśmy więc małe kółko zanim trafiliśmy na naszą trasę. Gdyby jednak
tylko takie utrudnienia były tego dnia …

Słowacja minęła szybko i bez postoju. Benzyna za 1,25 euro nie wprawiła w optymistyczny nastrój. Za Bratysławą przekroczyliśmy granicę z Austrią i tam zatrzymaliśmy się na małe śniadanie, z którego pochodzi ostatni wpis. Niech żyją stacje benzynowe z darmowym wi-fi 😉 oby takich więcej. Z drugiej strony jak się za benzynę płaci 1.35 euro/litr to chociaż tyle … Z przerażeniem czekaliśmy na to ile przyjdzie nam płacić we Włoszech.

Pogoda nas nie rozpieszczała. Od Słowacji i potem jeszcze przez całą Austrię lał deszcz. Raz mocniej, raz słabiej, czasem nawet miał przerwę, ale generalnie lało. Nie powiem, że jakoś super komfortowo jeździ się deszcz, ale staraliśmy się wynaleźć w tej całej sytuacji jakiś pozytyw i nawet się udało. Przynajmniej nie było gorąco 😉 Być może nie każdy z czytelników wie jakim to postrachem dróg podróżujemy. Jest to więc czarna panda bez klimatyzacji mojej mamy, której to co rok już staramy się zapewniać przebieg życia ;D

Tuż po przekroczeniu granicy z Włochami przywitało nas słońce – opatrzenie wzięliśmy to za dobry znak. Mieliśmy wtedy całkiem dobry czas – wydawało się, że do Livorno dotrzemy o jakiejś rozsądnej porze a już na bank po widnemu. Przejechaliśmy jakieś 100 km może i … jak stanęliśmy w korku (na autostradzie!) tak nie wydostaliśmy się z niego przez kolejne ponad 100 km. I żeby to był jakiś wypadek na drodze, albo kolejka do bramek z opłatami. Nie, to był po prostu korek bez większej przyczyny – ot dużo Włochów w jednym miejscu naraz. Tu warto jeszcze wspomnieć o cenach paliwa we Włoszech – 1.44 euro/litr – w sam raz na stanie w korku! Gorąco (nawet nie w przenośni, bo okazało się że Włochy w odróżnieniu do Słowacji i Austrii nie mają załamania pogodowego) polecamy!

Nasz świetnie wypracowany czas poleciał na łeb na szyję. Wiedzieliśmy już, że przed zmrokiem się nie uda. Do Livorno dotarliśmy po 21. Nawigacja niekoniecznie chciała odnaleźć nam adres wygooglowanego jeszcze w Lublinie kempingu, uderzyliśmy więc do centrum i zaczęliśmy jechać wzdłuż nadbrzeża w nadziei, iż znajdziemy jakieś miejsce na nocleg. Przezorny zawsze przygotowany. Prócz samych adresów kempingów spisałam również wszelkie wskazówki jakie dawały mapy google by w razie czego móc się nimi posiłkować. W natłoku uliczek i kierunkowskazów odnaleźliśmy znajome nazwy i po jakimś czasie również i poszukiwany kemping Miramare. Była 21:45 kemping zamykany jest o 22:00 – to się nazywa fart. Pani w recepcji coś tam kręciła nosem, ale ostatecznie wzięła kasę i wyznaczyła miejsce na rozbicie namiotu.

Ceny jak za zboże. Wprawdzie wiedziałam co nas tam czeka (odnośnie finansów). Na podobne kwoty (ok 25 euro za noc) byliśmy również przygotowani, ale jak camping jest super wypaśny i z sanitariatami, w których można jeść z podłogi to jest to zrozumiałe i wtedy ta cena to nawet nie boli. W tym przypadku to ja na serio nie wiem na co szła ta kasa, bo np. nie na ciepłą wodę, która jest włączona tylko o wyznaczonych porach w ciągu dnia – po godzinie 22:00 można sobie o gorącym prysznicu tylko pomarzyć. Kamieni za to było tam pod dostatkiem. Na tyle dużo, że nie udało nam się wbić ani jednej szpilki od namiotu. W nocy modliliśmy się więc tylko aby nie padało.. Do tego wszystkiego fakt usytuowania campingu przy drodze i … torach gwarantował niezapomniane przeżycia dźwiękowe. Byliśmy jednak tak zmęczeni, że jak tylko „rozbiliśmy” namiot i zjedliśmy na szybko jakieś kanapki poszliśmy spać i te wszystkie dźwiękowe atrakcje nie robiły na nas aż takiego wrażenia. Nawet poranny odgłos śmieciarki został wyprzedzony nieco przez mój budzik nastawiony na 6:00 rano. Leżąc jeszcze w namiocie mieliśmy tylko nadzieję, że to na serio śmieciarka a nie jakiś dźwig rozgniatający nam właśnie samochód.

Autor

Napisz komentarz