Dzisiaj miał być dzień na plaży. Poranek zleciał nam jednak na próbach odespania fatalnej nocy, o której mowa była w poprzednim poście. Następnie zajęliśmy się pisaniem kartek – i tak pewnie dotrą do Polski już po naszym powrocie 😉 – a potem kiedy ja już prawie leciałam po strój kąpielowy, Michał postanowił uratować naszych 5 kolejnych nocy i wyruszył na poszukiwania przytulniejszego „gniazdka”. Okazało się wkrótce, że nasi ulubieni Francuzi, którzy „nie chcieli z nami spać” pojechali i zostawili po sobie wolne miejsce. Wyszło więc na nasze!

Przeprowadzka, mimo iż w obrębie jednego kempingu zajęła niestety trochę czasu. Ze smutkiem patrzyłam na niebieskie niebo rozwieszając po raz n-ty sznurek z ręcznikami. Około 14:00 wszystko było ponownie gotowe, tylko jakoś w międzyczasie niebo zaszło chmurami mówiąc mi, iż dziś niekoniecznie uda mi się popracować nad opalenizną. Postanowiliśmy więc, idziemy zobaczyć miasto!

Spakowaliśmy nasz zielony przewodnik i poszliśmy oglądać Calvi z bliska. Rzeczywiście, odległość do starego miasta i portu okazała się do przejścia na piechotę. Wg znajomego już systemu ocen z przewodnika, Calvi ma jedną gwiazdkę (czyli najmniej z dotychczasowego towarzystwa). No i w sumie się z tym zgadzamy 😉 Nie znaczy to, iż Calvi zawiodło nasze oczekiwania. Ma swój niebywały urok i klimat, tylko po Bonifacio trudno nas już tak prosto wprowadzić w zachwyt :D.

Najbardziej podobał nam się port. Mnóstwo łodzi, kutrów rybackich i jachtów zarówno małych jak i takich dużych pewnie za miliony euro. Wszystko zamknięte w zacisznej przystani, na brzegu kafejki i sklepiki z pamiątkami a nad nimi fortyfikacje starego miasta, które były naszym następnym celem. Pamiętam jak dobrych kilka miesięcy temu znalazłam w Googlach pewne zdjęcie podpisane „Korsyka”, które bardzo mi się spodobało. Postanowiłam dowiedzieć się, skąd ono pochodzi a że przedstawiało nadmorski cypelek z jakimiś fortyfikacjami „przeleciałam” wybrzeże całej wyspy na zdjęciach satelitarnych Google Maps, by dowiedzieć, się gdzie takie cudo się znajduje. Calvi – taka była odpowiedź. Chyba nie muszę pisać z jaką satysfakcją zobaczyłam dzisiaj ten obrazek na własne oczy. Panorama zatoki z samego szczytu owego cypelka okazała się naprawdę godna wyboru tego miasta na nasz kolejny przystanek. Ciekawe było to, że stare miasto (jako część ogrodzona murem obronnym) jest całkowicie wolna od wszelkich straganów z pamiątkami. Gdzieniegdzie jakieś niewielkie kafejki czy oznaczenia restauracji, które z niewiadomych przyczyn były jednak zamknięte. W obrębie samych murów … mieszkalne kamienice. Z jednej strony tablica, że tu u swojego chrzestnego mieszkał Napoleon Bonaparte, z drugiej wejście na czyjąś klatkę schodową. Tu kościół św. Jana Chrzciciela a przy jego prawej ścianie plastikowe krzesełka i stoliki z menu pizzerii … totalna abstrakcja.

Zwiedzania nie było dużo. Wracając zapuściliśmy się w gąszcz straganów przy marinie gdzie zafundowaliśmy sobie kolejny korsykański specjał – wielką kanapkę z korsykańską szynką, serem żółtym, pomidorem i sałatą. Najbardziej interesowała nas wspomniana wędlina, która wyglądała jak pół surowa, ale była przy tym na serio przepyszna.

Spacer czuliśmy w nogach. Na wieczór zawitaliśmy do naszego obozowiska, gdzie czekał na nas orientalny Kociołek oczywiście firmy Łowicz … tym razem w towarzystwie korsykańskiego wina!

Autor

1 komentarz

  1. Urlop we wrześniu był wspaniałym pomysłem , u nas w wielu domach grzeją kaloryfery, a wy opalacie się na plaży i chodzicie w letnich ubraniach, ale wam dobrze. Zazdroszczę, ale i się cieszę waszym przedłużeniem lata.

Napisz komentarz