40 godzin męczącej podróży i jesteśmy znowu w Lublinie. Droga układała się tak jakby Korsyka wcale nie chciała nas wypuścić 😉 …

W piątek wieczorem, po cudownie spędzonym ostatnim dniu na Korsyce, spakowaliśmy do pandziorra wszystko co możliwe tak, żeby z rana został do wrzucenia tylko namiot, materac z pościelą, ręczniki i kosmetyczka. Budziki ustawiliśmy na 5 by najpóźniej o 6 móc wyruszyć w drogę do Bastii. Jakoś niespokojnie nam się spało tej nocy. Położyliśmy się dość wcześnie, by móc porządnie się wyspać przed długą podróżą a tu jak na złość w środku nocy dopadła nas bezsenność. Nie wiem co było tego przyczyną, ale jak się przebudziłam około 3 nad ranem, tak do budzika nie udało mi się już zasnąć. Michał miał nieco więcej szczęścia, ale i tak nie możemy powiedzieć, że noc przyniosła jakiś szczególny wypoczynek. Być może to z tych wszystkich emocji, z poczucia, że oto nasze wakacje dobiegają końca a my wcale tego nie chcemy.

O 6 rano wyruszyliśmy w kierunku Bastii. Trochę obawialiśmy się drogi, ale okazała się bardzo w porządku a do tego nie było zbyt wzmożonego ruchu. Pamiętając ceny benzyny we Włoszech skorzystaliśmy z faktu iż na Korsyce jest ona o te 5-7 centów tańsza 😉 i po drodze zatankowaliśmy do pełna. Do Bastii dotarliśmy około 7:45 czyli, wspominając naszego farta w porcie w Livorno, w sam raz aby zdążyć na prom na 8. Ponadto, mieliśmy tą przewagę, że wiedzieliśmy gdzie jest port! Z wywieszonym językiem pobiegłam do kas w celu zakupu biletu. Uprzejmy Pan w okienku, po konsultacji przez walkie talkie z obsługą załadunku, z uśmiechem na ustach stwierdził „too late” (po ang. za późno). Trudno, w sumie braliśmy to pod uwagę, no i nie można powiedzieć, że jakoś szczególnie spieszyło nam się do domu. Po zostawieniu samochodu w nieco lepszym miejscu niż na awaryjnych na ulicy, poszliśmy kupić bilet na następny prom. Tym razem Pani w okienku zabiła nas ceną: 99 euro! To 3 razy tyle ile powinien wynosić nasz bilet, przecież poprzednim razem płaciliśmy niespełna 33 euro! Pani w okienku rozłożyła ręce i powiedziała, że taka jest cena i nic nie poradzi, ale może nam zaproponować prom nocny o 23:30, który będzie kosztował właśnie tyle ile chcemy (bez kajuty oczywiście). Nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy kupić ten mega drogi bilet. W porcie mieliśmy się stawić o 12:30 – godzinę przed wypłynięciem promu.

Bastia - portPrzed nami były 4 godzinki pożegnania z Bastią. Będąc tam zaledwie 3 raz czuliśmy się już bardzo zadomowieni 😉 Udaliśmy się na leniwy spacer po znajomych uliczkach, nadbrzeżu i porcie. Trafiliśmy na śniadanie do uroczej „patisserie” łączącej w sobie piekarnię, cukiernię i kawiarnię, gdzie wypiliśmy po pysznej kawie i zjedliśmy kolejną korsykańską specjalność – coś w rodzaju placka z nadzieniem z sera i śmietany podawanego na gorąco z zapieczonym żółtym serem na wierzchu. Przez cały czas niebo było pochmurne jakby Korsyka gniewała się na nas za to, że ją opuszczamy.

Czas minął szybko i o 14 (z półgodzinnym opóźnieniem) wypłynęliśmy z portu. Patrzyliśmy na oddalającą się wyspę aż w końcu całkiem zniknęła. Weekendowy popołudniowy prom, zgodnie z wszelkimi forowymi opisami, przeżywał prawdziwe oblężenie. Wszystkie kajuty były wykupione, miejsca w ogólnodostępnych pokojach z fotelami i telewizją zajęte, sale w obydwu restauracjach pełne, niezależnie od tego czy ktoś tam rzeczywiście jadł czy też np. oglądał film na laptopie. Ponadto ludzie byli absolutnie wszędzie, na każdym leżaku, ławce, podłodze, schodach. Przechodząc do toalety trzeba było uważać by kogoś nie nadepnąć. Rejs się trochę dłużył. Padało, było chłodno i pochmurno. W Livorno byliśmy po 18. Jako, że rozładunek trochę trwa, w drogę na lądzie ruszyliśmy dopiero około 19. Bez planu. Wiedzieliśmy tylko, że Wenecja musi nam wybaczyć – odwiedzimy ją następnym razem.

60 tys km na licznikuLało całą drogę. Wraz z zachodem słońca pojawiły się również mgły. W pewnym momencie nasza prędkość wynosiła 40 km/h. Na autostradzie! Mieliśmy spać i jechać na zmianę, jednak okazało się, że Michał woli jak z nim gadam i nawiguję, postanowiliśmy więc, iż będziemy jechać do kiedy damy radę a potem przekimamy się na jakimś postoju. Tak też zrobiliśmy. O 2:30 w nocy byliśmy jakieś 200 km przed Wiedniem. Znaleźliśmy dużą stację benzynową z restauracją i zaparkowaliśmy na tamtejszym parkingu. Wyciągnęliśmy naszą kempingową kołdrę i koc, przybraliśmy względnie wygodną pozycję i poszliśmy spać. No dobra, wygodną to raczej nie jest najlepsze słowo 😉 4 godziny snu przerywanego co jakieś 30 minut zmianami pozycji gdy drętwiało ciało i ze zdziwieniem stwierdziliśmy się, że czujemy się jak nowo narodzeni 😉 Szybkie śniadanie na stacji i około 7 rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Oczywiście padało. Rozpogodziło się dopiero gdzieś na Słowacji. Granicę z Polską przekroczyliśmy w okolicach południa. Tym razem przejście graniczne w Zawierciu było otwarte. Szkoda, powiedzieliśmy sobie, że jak tunel będzie ponownie zamknięty to zawracamy 😉

Droga po Polsce szła nam jak po grudzie. I to pewnie nawet nie chodzi o to, że autostrady się skończyły – na Korsyce nie ma ani jednej – ale ten stan naszych dróg… Ehh widać za granicą szybko zapomina się jak się jeździ w kraju. Po drodze zafundowaliśmy sobie nasz obiecany przystanek „na schaboszczaka” i stwierdziliśmy, że przez kociołkową dietę chyba zwęziły nam się żołądki, bo po zwykłej porcji staropolskiego drugiego dania czuliśmy się bardzo, ale to bardzo najedzeni. Jechało się wolno. Duży ruch, co raz korki. Mieliśmy wrażenie, że poruszamy się z prędkością żółwia. O 21 dotarliśmy do Lublina. Ostatkiem sił rozpakowaliśmy pandziorra i poszliśmy spać stwierdzając, że jedynym plusem prócz zapowiedzianego nazajutrz domowego obiadku u rodziców Michała jest sen w prawdziwym łóżku 😉

Autor

Napisz komentarz