Czarnogóra postanowiła pożegnać nas deszczem. Prognozy sprawdziły się niestety po raz kolejny i ku wielkiemu smutkowi wszystkich żyjących tu z turystyki, padało chyba przez 90% dnia. No cóż – pogody, jako jedynej, nie można sobie niestety zamówić.

Połowę dnia przesiedzieliśmy w pokoju pakując powoli swój dobytek i czekając na jakieś pogodowe okno. W pewnym momencie postanowiliśmy po prostu wsiąść w samochód i udać się w kierunku Perastu – ostatniego punktu na naszej liście „do zobaczenia” – w nadziei, że po drodze wypogodzi się nieco. Owszem, na chwilę nawet przestało padać, jednak deszcz pojawił się ponownie jak tylko opuściliśmy samochód.

Perast
Perast

Skuleni pod moją jednoosobową parasolką, której rozmiar jest zaletą tylko w przypadku, gdy muszę nosić ją w torebce, udaliśmy się na spacer po miasteczku, w którym zatrzymał się czas. Perast to zdecydowanie najspokojniejsze miejsce w całej zatoce a być może i w całej Czarnogórze. Liczba jego stałych mieszkańców to około 350 osób i ma się wrażenie że jedyny ruch generowany jest tam przez samych turystów, których dziś na dodatek było niewielu. Być może to brzydka pogoda odstraszyła tłumy. Niewykluczone jednak, że dla niektórych miejsce bez ani jednego sklepiku z pamiątkami nie jest wystarczająco atrakcyjne. Wczoraj pogoda była równie marna a Kotor pękał przecież w szwach. Jeszcze niedawno w Perascie działała tylko jedna restauracja oferująca również pokoje do wynajęcia. W tej chwili restauracji jest już kilka, działają również dwa czy trzy hoteliki, małe muzeum i przystań, z której można popłynąć na dwie pobliskie, malownicze wysepki. Miejmy jednak nadzieję, że na tym zakończy się budowanie turystycznej infrastruktury. W przeciwnym przypadku miejsce zupełnie straci swój niepowtarzalny klimat opuszczonego przez Boga i ludzi. Wrażeniu temu sprzyja widok opuszczonych domów i fakt, iż wiele zabytkowych budowli zniszczonych podczas trzęsienie ziemi w 1979 roku nie zostało do tej pory odbudowanych.

Jagnięcina z warzywami
Jagnięcina z warzywami

Cali mokrzy postanowiliśmy zafundować sobie w Perascie nasz pożegnalny obiad. Jak się okazało później, lepiej nie mogliśmy trafić. Kelner zapewniał nas, że w restauracja, w której pracuje słynie ze swojej jagnięciny na całą zatokę. Wiadomo, że każdy swoje chwali, jednak taka bałkańska jagnięcina, która jest tu mięsem bardzo popularnym, chodziła za nami od jakiegoś czasu. To był strzał w dziesiątkę. Kelner nawet odrobinę nie przesadził w swoich zapewnieniach o pyszności tego dania. Jako, że bałkańska gościnność przejawia się również w rozmiarach porcji, obiedliśmy się tak, że kelner nie miał sumienia nawet proponować nam deseru. Gdy wracaliśmy do samochodu akurat przestało padać.

Na zakończenie dnia ucięliśmy sobie bardzo miłą pogawędkę z naszym gospodarzem – Milenko. Gadaliśmy o turystyce, Czarnogórze, pogodzie, winie i ogrodzie otaczającym dom. Na pożegnanie dostaliśmy kolejną butelkę tego fenomenalnego wina, którym już raz nas zdążył uraczyć. Dzięki takim osobom jak Milenko, aż chce się kiedyś tu wrócić.

 

Autor

1 komentarz

  1. No cóż ? Wszystko co dobre i przyjemne kończy się szybko i trzeba wracać do domciu . Szerokiej drogi powrotnej. Pozdrawiam

Napisz komentarz