1000 km w 13 godzin – tak w skrócie można podsumować dzisiejszą podróż. Jej łatwość i bezproblemowość totalnie nas zaskoczyły. Ze wszystkich potencjalnie newralgicznych momentów wychodziliśmy obronną ręką.

Pierwszych utrudnień spodziewaliśmy się za Rzeszowem pamiętając niekończące się roboty drogowe zarówno w drodze do Czarnogóry jak i na Chorwację. Jedyne co nas tam dziś spotkało to nowe lub wyremontowane odcinki dróg. Generalnie mieliśmy niezłe tempo, ruch na trasie nie był zbyt duży, udało się nam również wjechać na obwodnicę Budapesztu, nie wpakowując się tym samym do samego centrum, jak to już miało miejsce kiedyś. Byliśmy więc pewni, że ta sielanka skończy się na granicy węgiersko-serbskiej, na której przyjdzie nam odstać czas mierzony w godzinach.

Tyyyyle się naczytałam, żeby omijać z daleka i od razu kierować się na oddalone o ok. 50 km przejście w Tompie. Bo korki, bo kolejki, bo tabuny niemieckich Turków wiozą słoiki na wymianę. Zaryzykowaliśmy i … 20 minut później mknęliśmy już autostradą na Belgrad. A wspomniane tabuny Turków a i owszem, były. Ekologicznie pchali swe niemieckie bryki, co by nie odpalać silników na każdy metr podjazdu, tyle, że w przeciwnym do nas kierunku 🙂 Oby tylko pielgrzymi te zakończyły się z tym, ewentualnie następnym weekendem.

Nasz belgracki hotel znaleźliśmy również bez trudu. Krzysio Hołowczyc wraz z automapą dali radę i sprawnie doprowadzili nas pod same drzwi. Okolica okazała się dużo przyjemniejsza niż wnioskowałam ze spacerów przez Google Street View a sam pokój – marzenie 🙂 Ładniej niż na zdjęciach z booking.com.

Nawet nie czuliśmy się jakoś masakrycznie zmęczeni (a zwłaszcza Ci, którzy spali 3/4 drogi -> Ania :D). Poszliśmy sobie na lokalnego browarka i krótki spacer zadowoleni, że tak pozytywnie zaczęły się nasze wakacje.

Autor

1 komentarz

  1. Jak dobrze zobaczyć waszą trójkę – naszą rodzinną! Mam nadzieję, że dalsza droga również będzie przebiegała bez problemów. Do zobaczenia jutro!

Napisz komentarz