Gdańsk przywitał nas chłodem, który przy naszym dzisiejszym permanentnym niewyspaniu odczuwałam jako niezły hebel. I nie pomogło nawet nieśmiało wyglądające co raz zza chmur słońce. Silny wiatr znad morza skutecznie niweczył jego grzewcze plany.

Nasze pierwsze kroki skierowaliśmy do Instytutu Kultury Miejskiej w celu zakupienia przewodnika i to nie byle jakiego. Któregoś dnia Michał przeczytał w sieci o oryginalnej serii przewodników po miastach – Ogarnij Miasto. Ich oryginalność polega na tym, iż są one zbiorem subiektywnie wybranych miejsc, do których nie należą jedynie zabytki architektury czy muzea, ale również kawiarnie, restauracje, hostele, parki czy też miejsca szeroko pojętej rozrywki. Każda strona to jedno takie miejsce: zdjęcie, adres i kilka zdań. Krótko i na temat. Tak „uzbrojeni” udaliśmy się po pierwszą dawkę kofeiny tego dnia. Wybór padł na kawiarnię Pikawa (oczywiście również polecaną we wspomnianym przewodniku). Zabójcza godzina pobudki była niestety nie do pokonania i jak tylko zameldowaliśmy się w hotelu, ucięliśmy sobie słuszną drzemkę 😉

Monia z Neptunem (i nikogo w kadrze!)Popołudniu udaliśmy się na spacer po Głównym Mieście wykorzystując to, że tego dnia było tam po prostu pusto. Myślałam, że coś takiego jak zdjęcie Fontanny Neptuna  nie otoczonej tłumem turystów, niczym Mona Lisa w Luwrze, jest po prostu niemożliwe. A jednak 😉 Na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się w niezwykłym muzeum – Galerii Starych Zabawek – moim absolutnym faworycie. Co prawda liczebnością zbiorów ustępuje Muzeum Zabawy i Zabawek w Kielcach, ale i tak wizyta ta przywołała całą masę wspomnień.

Gdańsk - ulica Mariacka (rzygacz na pierwszym planie)Obowiązkowo przespacerowaliśmy się słynną ulicą Mariacką, która skupia chyba największą ilość butików jubilerskich na metr kwadratowy 😉 a dla wielbicieli architektury prezentuje interesujące rzygacze i przedproża. Na jej końcu znajduje się Kościół Mariacki – największa świątynia na świecie zbudowana z cegieł.

Obiadokolację zafundowaliśmy sobie w stylu amerykańskim. Wybraliśmy się do Original Burger – restauracji prowadzonej przez niejakiego Johna i jego polską żonę. Burgery bardzo smaczne, dodatki również (na moje oko krążki cebulowe własnej produkcji,  coleslaw również przyzwoity, choć Michał twierdzi, że i tak nie równa się z tym, który robi jego mama). Jedyny minus w sumie to nieco przypalona bułka. Generalnie na plus.

Wieczorna zimna aura nie zachęcała do dalszego pozostania na dworze, dlatego resztę wieczoru spędziliśmy w hotelu planując co takiego będziemy robić następnego dnia.

Autor

Napisz komentarz