„Z przykrością zawiadamiamy, że lot nr 437 polskich linii lotniczych LOT do Barcelony jest opóźniony”. Komunikat ten, powtarzany jak mantrę, słyszeliśmy dziś dobrych kilka razy. Najpierw przesunęli nam wylot o 2 godziny a następnie o kolejne pół. Pilot co prawda odrobił co nieco na trasie, jednak nie zmienia to faktu, że w biały dzień zostaliśmy ograbieni z bezcennych godzin. I żadna darmowa woda i kanapki, rozdawane w ramach rekompensaty, nam tego nie zwrócą!

Sam lot przebiegł bardzo sprawnie. Dziewczyny dzielnie zniosły start, lądowanie jak i małe turbulencje w trakcie a mama Irenka o dziwo nie wykazywała najmniejszego lęku wysokości siedząc przy oknie.

La RamblaZa naszą bazę wypadową służy nam mieszkanie wynajęte za pośrednictwem serwisu booking.com. Punktualnie o 17:30 stawiliśmy się pod kamienicą, gdzie po chwili zjawił się niejaki Bernard w celu przekazania kluczy i zgarnięcia kasy 🙂 Niedługo potem wyruszyliśmy na pierwsze zwiedzanie. Cel – La Rambla – najbardziej znana ulica Barcelony a jako, że tak naprawdę to ciąg alei o różnych nazwach, mówiąc o niej, zwyczajowo używa się liczby mnogiej – Las Ramblas. Całość ciągnie się na odcinku ok 1,5 km od Placu Katalońskiego (Plaça de Catalunya) do posągu Kolumba przy Plaça del Portal de la Pau. Niegdyś był to rwący potok. Obecnie przypomina francuski bulwar, z centralnym chodnikiem i okalającymi go z dwóch stron jezdniami. Miejsce z pewnością urokliwe i tętniące życiem, niestety zepsute przez masową turystykę. Co krok wyrasta kolejny stragan z tymi samymi pamiątkami, handlarze produktów wątpliwej jakości (i przydatności) nawołują i zachęcają do kupna. Wtórują im naganiacze pobliskich restauracji.

La BoqueriaWystarczy zboczyć na chwilę w prawo by jedno morze ludzi zamienić na inne. Tradycyjny targ La Boqueria codziennie przyciąga tłumy kupujących i zwiedzających. Ci pierwsi mają pewność, że znajdą tam wszystko czego potrzebują. Drudzy chcą po prostu nacieszyć oczy niecodzienną rozmaitością i kolorytem asortymentu od egzotycznych owoców, przez przyprawy, bakalie, świeżo wyciskane soki, na mięsach, rybach i owocach morza kończąc.

Dzielnica portowaSpacerując dotarliśmy do dzielnicy portowej, która w ostatnich latach przeszła znaczącą modernizację. Obsadzona palmami drewniana promenada, rzeźby współczesnych artystów, piękne jachty zakotwiczone w porcie i subtelnie oświetlony ceglany budynek Palau del Mar, w którym mieści się Muzeum Historii Katalonii. Zapadający zmierzch tylko podkreślił piękno tego miejsca. Jedyny zawód sprawiły koszmarne naleśniki z budki, na które daliśmy się nadziać jak początkujący turyści 🙁 .

tapas w Jai - Ca - grillowane sardynkiCo by jednak nie kończyć dnia tak fatalnym kulinarnym wspomnieniem, postanowiłam, że wypróbujemy jedno z miejsc, które wygooglałam przed wyjazdem. Jai – Ca, bo tak się nazywa, jest typowym hiszpańskim tapas barem położonym nieco na uboczu od utartego szlaku. Trochę archaiczne w wystroju wnętrze było pełne ludzi. Dominowali „lokalsi”, choć przy stoliku obok zasiadały dwie francuski a obecność menu w różnych językach sugerowała, że na turystów z zewnątrz są również przygotowani. Zamówiliśmy kilka klasycznych tapas, których nie można było nie spróbować: ziemniaczki z pikantnym sosem (patatas bravas), hiszpański omlet z ziemniakami (tortilla), małe krokieciki smażone w głębokim tłuszczu, krążki kalmarów i sardynki z grilla. Do tego wszystkiego sangria z wina.

Po powrocie do mieszkania padliśmy jak muchy. Długi dzień pełen wrażeń i perspektywa kolejnej porannej pobudki sprawiła, że chyba nikt nie miał problemów z zaśnięciem 😉

Autor

Napisz komentarz