Betonowy żar, duchota, pędzące i trąbiące samochody a nam znowu skończył się chodnik. Kuala Lumpur to nie jest miasto dla pieszych. Kluczymy w poszukiwaniu drogi z punktu A do B i jeśli nasze kroki zostawiałyby kolorowy szlak, to z wysoka widać by było niezłe esy floresy. Coś co wydaje się krótkim i prostym odcinkiem nigdy nim nie jest jeśli tylko prowadzi przy jakiejś z głównych ulic. Zaraz okazuje się, że to estakada po 2 lub 3 pasy w każdą stronę i na próżno szukać tam miejsca dla pieszych.  Nawet jeśli takowe się znajdzie, prędzej czy później trzeba będzie przejść na drugą stronę no i znowu problem, bo z pasami też tu mają wyjątkowo na bakier.

Kuala Lumpur chce dziś mocno wystawić naszą cierpliwość na próbę, ale nie dajemy się. W hotelu nikt nie potrafi powiedzieć gdzie można zakupić kartę przejazdową na transport publiczny. Pomaga nam w końcu pan w Starbucksie a potem para niemieckich turystów. Co raz zastanawiamy się na co właściwie patrzymy, albo jak trafić w określone miejsce, bo oznakowanie w mieście jest momentami żadne. No cóż, tu po prostu mamy już Azję 🙂 , nawet jeśli mocno unowocześnioną.

Kuala Lumpur - Chinatown - taoistyczna świątynia Guan DiNie poddaliśmy się i zeszliśmy dziś całkiem spory kawałek, choć oczywiście korzystaliśmy też i z metra. Na początku wybraliśmy się na spacer do Chinatown. Nie wiem ile razy oferowano nam portfel, walizkę, torebkę czy inne podróbki znanych domów mody – coś, czego w Singapurze akurat nie było (zresztą tamtejsi sprzedawcy handlowali głównie upominkami). Z drugiej strony, zaryzykuję stwierdzenie, że tu ładniej pachniało, ale oczywiście były też i mocno „wonne” momenty 😀 W plątaninie uliczek z czerwonymi lampionami udało nam się zlokalizować taoistyczne świątynie Guan Di (boga wojny) i Guan Yin (bogini litości) a także najstarszą hinduistyczną świątynię w mieście – Sri Mahamariamman – znaną z imponującej bramy pokrytej 228 kolorowymi figurami, przedstawiającymi hinduskich bogów i zwierzęta. W Chinatown piliśmy też jeden z dwóch topowych napojów tego dnia – miks ananasa, kokosa i lodów waniliowych 😀

Kuala LumpurIdąc dalej trafiliśmy pod symboliczny czerwony napis I♥KL zlokalizowany tuż obok Kuala Lumpur City Gallery. Weszliśmy do środka i zakupiliśmy bilety nie wiedząc do końca co idziemy oglądać. Gdy dość szybko przemknęliśmy przez pierwszą salę prezentującą kilka makiet i historię miasta rozpisaną na planszach, stwierdziliśmy, że trochę bieda nawet jak na te 5 zł za bilet, ale potem okazało się, że główna atrakcja czeka nas na górze. W specjalnej ciemnej sali wyświetlana była prezentacja opowiadająca o Kuala Lumpur dziś i w niedalekiej przyszłości. Co więcej, w sali stała również olbrzymia makieta miasta i gdy była mowa o konkretnej dzielnicy, budowli, czy nawet linii metra, odpowiedni element makiety zaświecał się lub mienił. Wszystko wyglądało naprawdę imponująco. Doskonały pomysł na promocję miasta. Z pokazu na zewnątrz wychodziło się przez sklepik z pamiątkami i małą kawiarenką – czyli stary jak świat sposób na wyciągnięcie kolejnych pieniędzy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po okazaniu biletu wstępu, jego koszt był odejmowany od rachunku w sklepiku. W życiu się z czymś takim nie spotkaliśmy. Sam asortyment również do standardowych nie należał. W oddzielnej sali za szybą widać było pracowników przygotowujących ręcznie drewniane pamiątki (magnesy, zakładki do książek, modele 3D, obrazki etc.), które można było tam nabyć.

img_20160926_141841-pano

Kuala Lumpur City Gallery - deser z duriana

Na wzmiankę zasługują jeszcze desery, które zamówiliśmy w kawiarence. Obydwa były na bazie najbardziej śmierdzącego owocu świata – duriana. Jeszcze w Singapurze co raz napotykaliśmy w menu na sok, deser czy potrawę są z durianem. Jednocześnie w hotelach, na lotniskach i innych miejscach przestrzeni publicznej można znaleźć znaki zakazu mówiące „no durian” a to dlatego, że durian śmierdzi. Bardzo. Zawsze myślałam, że on śmierdzi po prostu poprzez skórkę, łupinkę czy w czym tam zamknięty jest miąższ, ale jak już się go obierze, to smród znika. Otóż nie 😀 Jeden deser z durianem wystarczył byśmy wiedzieli, że to nie będzie nasz ulubiony owoc 😀 Może nie było jakiejś tragedii, bo w sumie zjedliśmy do końca, ale raz naprawdę nam wystarczy. Po prostu zidentyfikowaliśmy jedno ze źródeł smrodu, którym nie raz zalatywało w chińskiej dzielnicy 😉

Kuala Lumpur - Petronas Twin TowersKolejnym przystankiem naszego dzisiejszego dnia był symbol miasta – 88 piętrowe bliźniacze wieże Petronas Twin Towers, które do 2004 roku dzierżyły tytuł najwyższego budynku świata. No trzeba przyznać, że bardzo ładnie się prezentują. Obeszliśmy i obfotografowaliśmy je i z przodu i z tyłu (gdzie po sąsiedzku mają całkiem przyjemny park), ale od razu powiedzieliśmy sobie, że nie będziemy wjeżdżać na łącznik znajdujący się na wysokości 41 i 42 piętra. W planach mieliśmy o wiele lepszą miejscówę na foty z panoramą miasta.

Kuala Lumpur - najlepsze napoje w Boat NoodleZmęczenie dawało nam się już we znaki, bo to był chyba najgorętszy dzień jak dotąd. Nie mieliśmy już sił na kolejne przemieszczanie się w kierunku jakiegoś taniego żarcia, zdecydowaliśmy się poszukać czegoś w centrum handlowym znajdującym się nad stacją metra tuż przy bliźniaczych wieżach. Wiadomo, że nie poszczycimy się obżarstwem za grosze, ale absolutnie nie żałujemy zaprzedania duszy w miejscu zachodniej komercji, zwłaszcza że z premedytacją pozostaliśmy w azjatyckich smakach (Boat Noodle). Zamówiliśmy po miseczce bulionu z makaronem i mięsem, czyli nasz klasyk wyjazdu tyle że rozmiarowo w wersji mini. Na przekąskę tempurę z liści szpinaku a na danie główne dość mocno pikantną wariację na temat kurczaka w sojowym sosie chili z ryżem i sadzonym jajkiem. To było na serio dobre. Ukoronowaniem posiłku były świetne napoje. Michał wziął taki z zieloną herbatą a ja coś najbardziej nieziemskiego w smaku – mleczko kokosowe zblendowane z lodem. W tamtym momencie naprawdę mogłam umrzeć szczęśliwa.

Kuala Lumpur - KL TowerPo małym odpoczynku w cudownie chłodnym hotelowym pokoju wybyliśmy ponownie na miasto w jednym konkretnym celu – wjechać, gdy będzie już ciemno, na górny poziom wieży telewizyjnej KL Tower (Menara Kuala Lumpur) i zrobić jakieś świetne zdjęcia miasta nocą. Sama wieża ma 421 m, jej górny taras widokowy położony jest na wysokości ponad 300 m, ale wrażenie jest jeszcze spotęgowane, bo konstrukcja stoi na wzgórzu. Widoki jakie się z niej rozpościerają, zwłaszcza po ciemku, przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Były po prostu zapierające dech w piersiach. To nie wszystko. Jedną z atrakcji była możliwość zrobienia sobie zdjęcia w specjalnym przeszklonym „balkonie”. Tak, przeszklony oznacza w tym wypadku również podłogę. O matko i córko! Na samo patrzenie na to z boku uginały się pode mną nogi. Byłam pewna, że w życiu tam nie wejdę, bo to będzie wstyd i hańba jak znieruchomieję ze strachu i trzeba będzie wzywać pomoc żeby np. odczepić mnie od poręczy. Postanowiłam jednak spróbować i po prostu nie patrzyć w dół. Nie było to proste, ale w postanowieniu wytrwałam i tylko to pomogło mi nie zrobić sceny 🙂 Pstrykanie zdjęć trwało wieczność a gdy Michał na chwilę odszedł na bok odłożyć aparat, a ja zostałam tam całkiem sama, poczułam jak miękną mi nogi. Myślę, że na jakiś czas starczy mi szklanych balkonów 😀

Na dobranoc, w chwili gdy myślałam, że właśnie przeżyłam największy stres tego dnia, w drodze do stacji metra minęliśmy kilka spasionych szczurów a między nogami przebiegło nam również kilka dorodnych karaluchów. Coś czuję, że ta cała Azja chce żebym zeszła tu na zawał.

Autor

2 komentarze

  1. Moja poranna kawa była wypita tym razem w Kuala Lumpur i to wysoko, wysoko… Nogi uginały się również pode mną.
    Dzięki za piękne teksty i zdjęcia.

  2. Widzę ,że atrakcji co nie miara! A i dla czytającego i oglądającego też ich nie brakuje.

Napisz komentarz