Dzisiaj nie jest dobra data 🙁 Od ponad godziny walczę z zanikającym internetem i próbuję znaleźć dla nas pokój w kolejnej zaplanowanej lokalizacji. Jak na złość wybraliśmy chyba dość chodliwe miejsce a do tego w weekend, bo wychodzi na to, że albo będzie to sala bardzo wieloosobowa w jakimś szałasie z tektury, albo z finansowym przytupem, albo wcale 🙁 Do tego na niebie dziś znów widać tylko chmury, pada już trzeci raz w ciągu dnia, cały czas chce mi się spać a na domiar złego „atrakcja”, którą wybraliśmy na dziś, okazała się z tych dużo fajniejszych na zdjęciach niż w rzeczywistości.

Jaskinie Batu (Batu Caves) – wapienne jaskinie położone 13 km od Kuala Lumpur, najważniejsze miejsce kultu dla hinduistów w rejonie Azji Południowo – Wschodniej. Co roku pielgrzymują tam miliony wiernych podziękować za otrzymane łaski. Idąc boso od KL niosą na głowie dzban mleka, który potem ofiarowują bogom. Na zdjęciach jakie widzieliśmy przed wyjazdem Jaskinie Batu prezentowały się naprawdę imponująco. Wspomniana, przy okazji poprzedniego wpisu, para niemieckich turystów również napomknęła, że Batu Caves trzeba odwiedzić koniecznie. Napaliliśmy się więc na nie jak szczerbaci na suchary, złapaliśmy odpowiedni pociąg i wio.

Batu Caves - Jaskinia KatedralnaNa miejscu naszym oczom ukazał się przede wszystkim jeden wielki bałagan. Zero oznaczeń, zero informacji. Szliśmy za tłumem obok kolejnych kramów proponujących tatuaże z henny, wróżenie z ręki, tudzież zakup czegoś do jedzenia i picia. Przed główną jaskinią, zwaną Katedralną, był najzwyklejszy plac budowy. Głośno, harmider i kurz. Wdrapaliśmy się po 272 stopniach na górę, mijając drugi co do wielkości posąg hinduistyczny na świecie – 42 metrowego patrona jaskiń Murugana – spragnieni jakichś imponujących widoków.  A w środku? No jaskinia jak jaskinia, tyle że niebywale wysoka i przestronna, tak więc od natury strony to całkiem spoko, ale nie tak żeby nas zaraz powalić na kolana. Gorzej, że wewnątrz kolejne wiercenie, spawanie, stukanie i łomot budowy. Ja na serio nie wiem co tam się działo, ale wszędzie walały się jakieś cegły lub śmieci. Kilka posągów przedstawiających mitologiczne postaci zdawało się być rozstawionych raczej przypadkowo. Kilka potłuczonych dogorywało na stercie jakiegoś gruzu. To ma być hinduska Częstochowa?

Batu Caves - Jaskinia KatedralnaJedynym plusem całej tej wycieczki były żyjące tam, jakby nie patrzeć z turystyki, małpy. Śliczne futrzaste stworzonka, niektóre z małymi na brzuszkach, rozkosznie wyglądały wsuwając banany, którymi czasem karmili je ludzie. Generalnie jednak, były z nich niezłe cholery. Wyrywały z rąk wszystko co tylko mogło być jedzeniem, wcale się jakoś przy tym ludzi nie bojąc. Potrafiły podejść cichaczem od tyłu by z czyjejś siatki wyjąć np. butelkę coli. Swobodnie chodziły sobie między zwiedzającymi, ale gdy pewna mała dziewczynka wyrażała zbyt daleko idące zainteresowanie, potrafiły również odpowiednimi odgłosami wyrazić swoją niechęć.

Batu Caves - muzeum mitologii hinduskiej w jaskini RamajanaSamo zwiedzanie próbowaliśmy ratować jeszcze wizytą w tamtejszym muzeum mitologii hinduskiej i niestety znowu klapa. Na plus był jedynie fakt, iż znajdowało się ono w kolejnej jaskini (jaskini Ramajana). Poza tym nie oferowało praktycznie nic interesującego. Eksponaty stanowiły wyłącznie figurki przedstawiające jakieś scenki, ale poza zdawkowym podpisem nie było tam oczywiście żadnej informacji. Punktem kulminacyjnym były jednak schody. Schody donikąd 😉 Zapowiadało się fajnie. Zdobiona brama, schody wykute w skale, jakiś wodospad. Wdrapujemy się, wdrapujemy i co? NIC. Tylko jakieś dwie wnęki zagrodzone kratami. W jednej z nich stał jakiś kamień w kształcie maczugi a przy nim miska wypełniona datkami. Widać było to coś ważnego, ale co – tego oczywiście nie było się skąd dowiedzieć.

Kuala Lumpur - Satay Fat BrotherWieczorem postanowiliśmy zjeść coś w miejscu nieco bardziej prostym i brudnym niż, wspominana zresztą bardzo miło, wczorajsza Boat Noodle przy Petronas Twin Towers. W przewodniku natknęliśmy się na zdjęcie ulicy zastawionej plastikowymi krzesełkami i budkami z jedzeniem. Całość wyglądała obiecująco a na dodatek okazało się, że ulica ta jest praktycznie tuż za rogiem. Nasza uwagę przykuło miejsce oferujące satay. Na dwóch wózkach piętrzyły się ponadziewane na patyczki, niczym szaszłyki, różne mięsa, ryby, owoce morza, warzywa i inne niezidentyfikowane dobra. Dostawało się talerz, nakładało to, na co miało ochotę, po czym pan z obsługi przyrządzał wszystko nad ogniem i przynosił do stolika, na którym czekały trzy sosy: ostry, słodki i z orzeszków ziemnych. No to było genialne! Nabraliśmy przeróżnych rzeczy, czasem całkiem w ciemno i wcięliśmy wszystko aż nam się uszy trzęsły. Jedyny zawód poczuliśmy regulując rachunek, bo zapłaciliśmy nie tak znowu wiele mniej niż wczoraj w centrum handlowym. Wychodzi na to, że w Singapurze na jedzenie wydawaliśmy mniej niż w Malezji a miało być zupełnie odwrotnie. Nie wiem czy to ceny stolicy, czy fakt, że jesteśmy co by nie mówić w centrum, czy po prostu musimy się jeszcze wiele nauczyć 🙂 Pewnie wszystko po trochu.

Autor

2 komentarze

  1. …drugi wpis jednego dnia . Czytelnikom taki terror bardzo się podoba. ‚Szaszłyki’ sprawiły, że wreszcie jestem usatysfakcjonowana jeśli chodzi o jedzenie. Spotkanie z gangiem małpich złodziei musiało być naprawdę super☺.

  2. Zdjęcia są super (poza placem budowy). Trzymam kciuki za znalezienie fajnego miejsca na dalszy pobyt i aby monsunowa pogoda była bardziej słoneczna niż deszczowa.

Napisz komentarz