Siedzimy przy stoliku i czekamy na jedzenie. To co będzie wypalane w piecu, czyli chlebki naan czy wszelkiego rodzaju mięsa, przygotowywane jest na naszych oczach. Mężczyzna na stanowisku za szybą, niczym we włoskiej pizzerii, sprawnie wyrabia placki i nakłuwa zamarynowane mięso na długie szpikulce. Gdy zauważamy jak ścierką, w którą co chwilę wyciera ręce, przetarł swój roboczy blat a potem nóż, przez moment budzi się w nas mała obawa. Jesteśmy jednak tak niesamowicie głodni, że po prostu odwracamy wzrok z nadzieją, że wszystko co złe i tak wypali się w piecu. Czasami po prostu lepiej nie wiedzieć co dzieje się na kuchni.

Cameron Highlands nie karmi nas za dobrze. Wczorajszy obiad był chyba najgorszy ze wszystkich. Dzisiejsze śniadanie zamawiane w pensjonacie z karty, ponieważ nie mają tu opcji standardowego hotelowego bufetu, miało rozmiar co najmniej śmieszny (a już z pewnością najgorszą relację owego rozmiaru do ceny), nie mówiąc już nawet, że z pierwszego miejsca, w którym usiedliśmy dziś na obiad, wyszliśmy po pół godziny nie doczekawszy się jedzenia. Hinduski obiad był poprawny, ale, że tak powiem, dupy nie urwał. Chociaż mając w pamięci „pana ścierkę”, to chyba jednak dobry znak 😀

Cameron Highlands - farma motyliO 8:45 pod nasz uroczy, spowity jeszcze porankiem i ustępującą mgłą, pensjonat podjechał stary, czarny Land Cruiser. Kierowcą był, jak się później okazało, bardzo zabawny starszy pan, który wycieczki takie jak nasza obwozi po okolicy już 35 lat. W samochodzie była już jedna para. Pozostałe 4 osoby zgarnęliśmy po drodze. Pierwszym przystankiem na trasie była farma motyli, która, zapewne wychodząc z założenia, że na samych motylach daleko nie zajedzie, zainwestowała również w miszmasz przeróżnych stworzeń takich jak: węże, skorpiony, żółwie, olbrzymie koniki polne, jakieś fikuśne odmiany żuków, króliki, małe jeże i jednego szopa pracza. Nie można nie wspomnieć też o, jakże dla nas egzotycznej, hodowli kolorowych gerber.

W następnej kolejności pojechaliśmy w kierunku pól herbacianych należących do największego producenta herbaty w Malezji – firmy BOH. Stojąc przy niskich, zielonych krzewach, nasz przewodnik opowiedział nam co nieco o uprawie i produkcji, podał też trochę liczb, które niestety nie zapadły nam w pamięć, po czym pojechaliśmy dalej. Do samej fabryki firmy BOH mieliśmy jeszcze powrócić.

Cameron Highlands - Mossy ForestNasza nieustraszona terenówka gładko wjechała pod strome zbocze góry Gunung Brinchang, na wysokość 2032 m n.p.m. Mieliśmy nadzieję, że z zardzewiałej wieżyczki widokowej roztoczy się przed nami przepiękny krajobraz herbacianych wzgórz, jednak poza lasami nie można było z niej dostrzec nic więcej. Nieco zrezygnowani ruszyliśmy realizować kolejny punkt wycieczki – spacer przez las mchowy (Mossy Forest). Coś, co zareklamowane było jako jungle walk, było niczym innym jak 600 metrową przechadzką po wyznaczonej przez drewnianą kładkę trasie. Kolejny zawód. Spodziewaliśmy się choć kawałka prawdziwego trekingu. Las sam w sobie wyglądał naprawdę interesująco (ponoć to właśnie na nim wzorowali się przy tworzeniu komputerowych fragmentów Avatara), ale o ile fajniej byłoby bez tych wszystkich stopni i poręczy. Do tego na każdym przystanku doganiały nas kolejne wycieczki, które na podobną objazdówkę wyjechały pewnie z 10 minut później niż my. Prędzej czy później zawsze robiło się tłoczno.

Cameron Highlands - pola herbaciane firmy BOHOstatni punkt na trasie to zapowiedziana wcześniej wizyta w fabryce herbaty. Punkt za to, że można było zobaczyć linię produkcyjną i maszyny z lat 30tych XX wieku, które wciąż działają i mają się dobrze (ponoć pochodzą z Belfastu). Minus za to, że wszystko trwało może 3 minuty 😉 Stanowisko 1 – ważenie, stanowisko 2 – rozdrabnianie, stanowisko 3 – fermentowanie, stanowisko 4 – suszenie, stanowisko 5 – sortowanie i to by było na tyle. Ponoć po tym procesie herbata musi jeszcze swoje odleżakować żeby nadawać się do picia. W kolejnej sali można było zapoznać się z historią firmy BOH i tej konkretnej plantacji, ale oczywiście główną „atrakcją” była kafejka i sklepik. Kafejka broniła się jeszcze ładnym tarasem wychodzącym ponad zielone zbocza, ale jak można było się spodziewać, była totalnie wypełniona uczestnikami wszystkich wycieczek tego dnia, które w tym miejscu miały swój przystanek. Kolejka do kasy wychodziła na zewnątrz, odechciewało się stać, nawet jeśli brzuchy mówiły że z chęcią wcięłyby cokolwiek, nawet jeśliby miało to być ciacho z herbatą.

Cała wycieczka trwała około 5 godzin. Część naszej grupy miała wykupioną wersję na cały dzień i czekały na nich jeszcze takie atrakcje jak pasieka, ogród kaktusów czy plantacja truskawek w stylu „zerwij je sam”. To trzeba wyraźnie zaznaczyć: truskawki są tu ABSOLUTNYM hitem, wszystko wszędzie jest w truskawki, z truskawek albo chociaż z truskawkami. My mieliśmy nadzieję, że nasza część wycieczki będzie bardziej herbaciana i bardziej „jungle”. Pewnie dużo lepszym pomysłem byłoby zwiedzanie wszystkiego na własną rękę. Trzeba by tylko przygotować się na niemałą ilość kilometrów w nogach lub łapanie stopa, no a przecież ustaliliśmy już, że jestem burżujem … przynajmniej tutaj. Jutro ruszamy na wyspę Penang i czeka nas kilka dni w pokoju bez okien 😀

Autor

3 komentarze

  1. Może i wycieczka nie spełniła Waszych oczekiwań ale na zdjęciach las wygląda jak prawdziwa dżungla a pola herbaciane robią wrażenie. Dzięki za motylki

  2. Taka soczysta zieleń i w takich ilościach, to moc pozytywnej energii, której wam zazdroszczę.

Napisz komentarz