Internetowa pogodynka zapowiadała na dziś dzień deszczu. Mój poranny wywiad sprowadzający się do wyjścia przed hotel (bo raczej nie wyjrzenia przez okno ;P ) odnotował zachmurzenie w 98%. Postanowiliśmy więc przenieść na jutro zaplanowaną wycieczkę do parku narodowego a dziś poszwendać się nieco po Georgetown. W ciągu dnia wspomniane zachmurzenie dość szybko z 98% przeszło do … 0% a deszczu nie spadło ani kropli. I weź tu człowieku miej jakiekolwiek plany 😀

Penang - GeorgetownGeorgetown zdecydowanie ma w sobie to coś. Od momentu gdy zeszliśmy z promu i wsiedliśmy do starej taksówki, która do hotelu wiozła nas chyba po najkrótszej z możliwych tras (biorąc pod uwagę to w jak ciasne i zatłoczone uliczki wjeżdżał nasz kierowca), wiedzieliśmy, że się nam tu podoba. Nie za duże, nie za małe, bez zadęcia wielkiej metropolii, dużo bardziej spójne w swym wyglądzie i takie po prostu urocze. Bez obaw można przemieszczać się tu pieszo, ba, powiedziałabym nawet, że jest to wskazane.

Penang - Georgetown - dom klanu Khoo KongsiWyruszyliśmy bez planu a początkowo i bez mapy (punkt informacji turystycznej znaleźliśmy dopiero na trasie). Niczemu to jednak nie przeszkadzało, bo nasza włóczęga obfitowała w wiele ciekawych odkryć. Przywykliśmy już do chińskich i hinduskich świątyń, które pojawiają się wszędzie gdzie się udajemy oraz do meczetów, które ze względu na mój wieczny „negliż” oglądamy przeważnie tylko z zewnątrz. Tym razem jednak główne skrzypce grały dwa domy chińskich klanów: Khoo Kongsi i Cheah Kongsi. Pierwszy reklamowany jest dość intensywnie. Plakaty ze zdjęciem imponującej budowli widzieliśmy zarówno na billboardach jak i np. w windzie naszego hotelu. Michał bardzo chciał zrobić podobną fotkę od frontu, niestety dom jest w trakcie renowacji i obecnie zasłaniają go mało subtelne rusztowania. Drugi, znaleźliśmy już zupełnie przypadkowo a okazał się dla nas okazalszy i ciekawszy. Bardzo lubimy gdy w takich wnętrzach trzeba zdejmować buty by po drewnianych schodach na bosaka móc wejść na górę zobaczyć jak kiedyś mieszkali tam ludzie (podobnie było w domu sułtana w Malace). Ponadto, w takich miejscach nie ma nigdy jakichś tłumów zwiedzających. Często więc po komnatach przechadzamy się sami. Na zmianę chińskiego klimatu odwiedziliśmy pięknie zachowany w całości Fort Cornwallis z murami obronnymi z XVIII w.

Penang - GeorgetownGeorgetown od kilku lat ma w swym zanadrzu jeszcze jeden rodzaj atrakcji turystycznej. Na murach w całym mieście poumieszczane są wykute z żelaza „ilustracje” przedstawiające jakieś humorystyczne scenki. W nieco mniejszej ilości, ale cieszące się taką samą, jak nie większą, popularnością są murale i to murale 3D, w których do ściany przytwierdzony jest jakiś rzeczywisty przedmiot jak krzesło, rower czy nawet motocykl. Pod najfajniejszymi ustawiają się zawsze kolejki turystów, fotografujących się nawzajem jak przybierają komiczne pozy by stać się częścią obrazu. My sami musieliśmy swoje odczekać bym mogła „usiąść na huśtawce”.

 

 

Autor

2 komentarze

  1. …jestem bardzo zadowolona z tej wycieczki. Domy są super a murale fantastyczne! I jak zwykle podziękowania dla fotografa, że zdjęć nie psują „obcy”.

  2. Dobrze, że deszcz pozostał u nas, a wy bez przeszkód możecie zwiedzać…
    Dziękuję za barwny świat w dzisiejszy szary poranek.

Napisz komentarz