Siedzimy na drewnianej ławce pod zadaszeniem skleconym z gałęzi, folii i rybackiej sieci. Jesteśmy cali mokrzy zarówno od potu jak i padającego deszczu a jedynym suchym miejscem na ciele są nasze stopy w krytych butach z goretexu. Wcinamy miąższ, który pan sprzedawca był tak miły wydobyć nam z wnętrza zakupionego u niego kokosa do picia. W oddali błyska i grzmi. Patrzymy na siebie wzrokiem pt. „my to mamy pogodowe szczęście” a pan sprzedawca, jakby chcąc nieco usprawiedliwić fatalną aurę w okół, z uśmiechem stwierdza: „It’s a raining season” 😀

Ostatni dzień na wyspie Penang przeznaczyliśmy na mały trekking w parku narodowym. Z dwóch dostępnych tras wybraliśmy tę krótszą, obejmującą słynną plażę Teluk Duyung zwaną Monkey Beach ze względu na mieszkające w pobliżu małpy. Cała trasa kończy się tak naprawdę przy latarni morskiej, ale chyba mało kto się tam zapuszcza. Jednak to Monkey Beach, położona pół godziny marszu wcześniej przyciąga główne rzesze turystów. Dla tych, którym niekoniecznie chce się usportawiać w wakacje, lokalni „przedsiębiorcy” przygotowali łódki i za odpowiednią opłatą chętnie wykonają kurs na plażę i z powrotem.

Penang - park narodowy - trekking do monkey beachBardzo cieszyliśmy się na ten marsz. Szlak okazał się miejscami prawdziwym „jungle walk”. Co prawda gdzieniegdzie szło się po jakichś schodkach, podestach czy mostkach, ale tak naprawdę w niczym nie przypominał wyłożonej kładką trasy Mossy Forest na Cameron Highlands. Tu często szło się po kamieniach, konarach drzew czy błocie. Jeśli gdzieś po drodze przewróciło się drzewo, trzeba było taką przeszkodę pokonać. 5 km zrobiliśmy w jakąś 1h 20 min i to nie był wcale powolny spacerek. Poza małym odpoczynkiem na plaży, którą mijaliśmy po drodze, przystawaliśmy tylko by zrobić zdjęcia. W końcu dotarliśmy na miejsce! Zdołaliśmy dojrzeć dwie uciekające małpy i … zaczęło padać! Dokładnie w momencie gdy cali mokrzy od potu (w stopniu w jakim pocimy się tylko na crossficie w letni upał) marzyliśmy o słodkim lenistwie w promieniach słoneczka, które wysuszyłoby nieco naszą odzież. Rozpadało się na dobre. Dobiegliśmy do pierwszego lepszego zadaszenia, jakie udało nam się znaleźć i czekaliśmy aż się wypogodzi.

Jakąś godzinę później wyglądało jakby sytuacja zaczynała się nieco polepszać. Zrobiło się nieco jaśniej, deszcz ustąpił. Postanowiliśmy przejść się dalej plażą. W sezonie to miejsce zapewne tętni życiem. Prowizoryczne budki, stoliki i krzesełka zamieniają się w plażowe bary i jadłodajnie, tuż obok można pojeździć na quadzie lub wypożyczyć sprzęt do sportów wodnych. Teraz większość biznesów świeciła pustkami a po plaży kręciło się dosłownie kilka osób. Przypływające i odpływające łódki pracowały na utarg w tym martwym sezonie.

Penang - park narodowy - powrót z monkey beachNie minęło kilka minut i znowu niebo zaniosło się deszczem. Siedzenie w suchym, przy tej wilgotności powietrza, na wiele nie pomogło naszym ubraniom. Zaczęliśmy żałować że nie pomyśleliśmy o koszulkach na zmianę, ale w sumie to nasz pierwszy trekking przez las deszczowy, więc kto mógł wiedzieć. Usłyszałam, że ktoś proponuje nam kokosa i schronienie od deszczu. Dobry biznesmen zawsze czujny 😉 Ten sam człowiek tłumaczył nam potem, że „niestety, ale taki mamy klimat” po czym za przyzwoitą cenę zorganizował nam powrotną łódkę. Rejs sam w sobie również okazał się atrakcją, gwarantując nie tylko dostarczenie na miejsce, ale i rozrywkę w postaci rozchlapywania wody na prawo i lewo.W sumie i tak byliśmy już cali mokrzy, nie pozostawało nam nic innego jak się śmiać i zasłaniać aparat.

Jutro po raz ostatni, przed powrotem do Singapuru, zmieniamy naszą lokalizację. Płyniemy na Langkawi, gdzie ma padać jeszcze bardziej niż na Penang, ale wiecie „It’s a raining season” 😉 Trzymajcie kciuki, żeby po burzy wychodziło słońce.

Autor

3 komentarze

  1. Myślę ,że z przyjemnością zamieniłabym się na wasz deszcz , nasz jest ciągły , zimny , ponury i przygnębiający. Czytam i oglądam wpisy traktując je jako swoistą terapię na poprawienie nastroju.

  2. To się nazywa trekking. Widoki rewelacyjne i ta dzicz… Czytam i patrzę z nieukrywaną zazdrością…, szczególnie gdy mam w planach wyjść z domu uzbrojona w duży parasol, kalosze i rękawiczki (średnia temperatura w dzień to zaledwie ok.8°C)… Zdecydowanie wolę Wasz klimat.

  3. Jako bonus macie wspaniałe nawilżenie skóry twarzy i nie tylko…
    Pozdrawiam serdecznie i przesyłam trochę słońca, bo dzisiaj wyjątkowo pokazało się z rana.

Napisz komentarz