Czasami najbliżej nie znaczy najszybciej. Okazało się, że z naszego końca świata do Sarandy – pierwszego z dwóch albańskich przystanków – dużo sprawniej dostaniemy się przez greckie autostrady.

Z żalem żegnaliśmy dziś resort Aurora. Trzy noce minęły szybko i choć pokusa zostania na jeszcze jedną była niemała, zdecydowaliśmy się trzymać pierwotnego planu. Przy śniadaniu stwierdziliśmy, że była to dobra decyzja. Ewidentnie rozpoczynał się weekendowy najazd a wraz z nim słabł aurorowy „zen”. Mała rada dla tych, którzy chcą kiedyś odwiedzić macedońską oazę spokoju – najlepiej we wrześniu od poniedziałku do czwartku.

Dzisiejsza droga dzięki greckim autostradom minęła nam sprawnie. W nadmorskiej miejscowości Igoumenitsa zrobiliśmy sobie nawet małą przerwę na kawę i gofry. Zastanawialiśmy się, czy ludzie którzy rodzą się w takich miejscach wiedzą jak wielkie mają szczęście. Od zawsze twierdzę, że miejsce mojego urodzenia to jakaś pomyłka. Z moim zamiłowaniem do gorąca, słońca, wody i plaży oraz ewidentnie włoskim brzuchem, powinno to być wybrzeże gdzieś w słonecznej Italii. Greckimi współrzędnymi jednak też bym nie wzgardziła 😀

Droga z Igoumenitsy do granicy z Albanią to jakaś tajemnica poliszynela. Trafiliśmy tam tylko i wyłącznie prowadzeni przez Googla, bo na trasie nie widzieliśmy absolutnie żadnego znaku, który sugerowałby, że w pobliżu znajduje się granica państwa. Grecka strona uśmiechnęła się tylko na widok naszych paszportów i puściła dalej. Albańska wyjątkowo skrupulatnie studiowała nasze paszporty i o dziwo dowód rejestracyjny. Być może ruch tam mają tak mały, że zawsze to jakaś rozrywka jak się już ktoś zjawi i to jeszcze z Polski…

Przez kolejne 5 nocy mieszkamy w bardzo turystycznej miejscowości Saranda. Ciszę i spokój zostawiliśmy za bramą Aurory a wieczory „umilać” nam będą odgłosy z głównego deptaka miasta 🙂

Autor

1 komentarz

  1. Przyznam ,że ciekawa jestem tej Albanii z waszej perspektywy, opinie są tak mocno skrajne , tak więc czekam z niecierpliwością na cd…

Napisz komentarz