Starzejemy się! Kiedyś czarną pandą bez klimy mknęliśmy przez korsykańskie serpentyny. Nie straszne nam były zawijasy, nagłe wzniesienia czy spadki, nie straszna temperatura. Wczoraj, pokonywanie trasy SH8 przyprawiało mnie o mdłości a Michał przegrzał się z braku klimatyzacji. Ach, nie pozdrawialiśmy jeszcze salonu SEATa z Warszawy, który w ramach reperacji naszej klimy przed wyjazdem zamówił nie tą część co trzeba i tym samym pozbawił nas błogiego chłodu na wyjazd. No to pozdrawiamy!

Kontynuując temat starości, zauważyłam, że również inne „dolegliwości” nasilają się z wiekiem. Np mój lęk wysokości. Nie powiem, że urósł do jakichś niewyobrażalnych rozmiarów, ale już tak ochoczo nie wychylam się przez barierki w przepaść a i jazda zboczem góry nad urwiskiem działa lekko na wyobraźnię. To wszystko jednak nic. Kiedyś urocze piegi, które latem za młodu pojawiały mi się na twarzy, teraz przypominają bardziej starcze plamy!

Skoro wczorajszy dzień spędziliśmy głównie w drodze (mieliśmy w planach zboczyć do Beratu – miasta tysiąca okien – ale dodatkowe 100 km było ponad nasze siły) to jest to dobra okazja do poruszenia tematyki motoryzacyjnej. Za czasów reżimu Envera Hodży w Albanii obowiązywał zakaz posiadania samochodów przez osoby prywatne. Niepotrzebne były drogi ani szkoły jazdy 🙂 Wszystko zaczęło się zmieniać dopiero w latach 90-tych XX wieku, ale skutki tamtego okresu widoczne są do dziś. Sieć dróg jest rzadka a ich stan często pozostawia wiele do życzenia (delikatnie mówiąc). W ostatnich latach sporo jednak wyremontowano, położono nowe nawierzchnie (lub też pierwsze nawierzchnie :P), zamontowano barierki. Do tej pory, jeśli natrafialiśmy na jakiś „zwinięty asfalt” to najczęściej były to pomniejsze drogi dojazdowe na plaże, do domów lub … atrakcji turystycznych. Jednak wewnątrz kraju, w regionach które nie są jeszcze tak popularne jak wybrzeże, istnieją miejsca, do których można dojechać tylko latem i tylko gdy nie pada (a najlepiej jeszcze samochodem terenowym). Pamiętam jak w 2012 byliśmy w Czarnogórze, blisko granicy z Albanią i przewodnik, którym wtedy dysponowaliśmy, z jednej strony zachęcał do wycieczki do sąsiadów, w celu zobaczenia jakiejś pobliskiej atrakcji, z drugiej przestrzegał, iż bez odpowiedniego auta nie ma co się tam w ogóle wybierać.

Trasa SH8 – Michał ratuje żółwia

Do stylu jazdy tutejszych kierowców na serio trzeba przywyknąć. Prawo pierwszeństwa większego, jazda okrakiem na dwóch pasach, wieczne trąbienie, jazda na światłach awaryjnych, jazda bez jakichkolwiek świateł w deszcz, burzę czy mgłę, nagłe hamowanie czy zatrzymywanie się tuż za zakrętem. Do tego można jeszcze dorzucić jazdę na rowerze pod prąd czy wózkiem inwalidzkim środkiem jezdni oraz wymuszanie pieszych. To ostatnie nawet nas zbytnio nie dziwi. Prócz jednego ruchu wahadłowego, jeszcze nie widzieliśmy tu świateł! O ile nie rzucisz się komuś pod koła, nie przejdziesz na drugą stronę. Pełni obrazka dopełniają wszelkiego rodzaju zadziwiające pojazdy, które spotykamy na drogach (skrzyżowania motorynek z wozami, rowerów z przyczepą itp.) oraz juczne osiołki. O właśnie! Zwierzęta. W Albanii są one pełnoprawnymi użytkownikami szos 😉 Tylu krów, kóz, owiec, osłów i koni nie widzieliśmy nigdzie indziej. Ba, wczoraj Michał uratował nawet żółwia, który ewidentnie dzień wcześniej zaczął przebiegać przez jezdnię i zdołał dotrzeć zaledwie do połowy.

Hotel Magllara w Sarandzie – nasze pożegnalne śniadanie

Po tych wszystkich drogowych perypetiach udało nam się przetransportować nieco bardziej na północ, w okolice dużego miasta portowego Durres. Myśleliśmy, iż Saranda i Ksamil to najbardziej polskie miasta w Albanii ale tu, w hotelu pełnym zaobrączkowanych w all-inclusive Polaków z jakiegoś biura, zaczynamy w to wątpić 🙂 No cóż. Czasem trafia się jak Hotel Magllara w Sarandzie: hotelik na 6 pokoi, w którym byliśmy jedynymi lokatorami; gdzie Pani właścicielka pozwoliła nam wybrać ten, który nam się najbardziej podoba a śniadania codziennie szykowali nam na tarasie z widokiem na morze. Czasami trafia się na zajęte od rana leżaki, obrazek hektolitrów pochłanianego „darmowego” piwa a do snu kołysze Cię Krzysio Krawczyk na przemian z disco polo z balkonu obok 😀

Dziś do Leona zbliżyliśmy się tylko po resztę bagaży a cały dzień upłynął nam na chłodzeniu przegrzanego Michała w hotelowym basenie. Być może jutro powróci nam ochota na dalsze wycieczki. Zobaczymy 😉 Najlepsze, że nic nie musimy!

Autor

4 komentarze

  1. Nareszcie macie wspólne zdjęcie! Życzę wam obojgu miłego leniuchowania i ładowania akumulatorów.

Napisz komentarz