Naszych zachwytów Apulią ciąg dalszy. Każdego wieczoru, gdy ustalamy kierunek wycieczki na kolejny dzień, mamy niezły orzech do zgryzienia. Każda miejscowość, z tego wcale niemałego regionu, zdaje się być godna odwiedzenia i krzyczeć „wybierz mnie, nie będziesz żałować”. Cel na dziś zakładał nieco dalszą (ok. 170 km) podróż samochodem. Jadąc czymś na kształt drogi ekspresowej praktycznie co zjazd natłok charakterystycznych brązowych drogowskazów pokazywał jak wiele można zobaczyć dokładnie w tym miejscu. Trzeba było wykazać się nie lada zimną krwią by wytrwać w pierwotnym postanowieniu i nie zboczyć nigdzie po drodze.

Lecce – kościół Santa Irene

Lecce to podobno jedno z piękniejszych miast południa Włoch. Ze względu na ilość zabytków z okresu cesarstwa rzymskiego a także barokową zabudowę (tzw. „barok z Lecce”) nazywane jest Florencją Południa. Motywy roślinne i kwiatowe, amorki, figury świętych – wszystko wykonane z miejscowego miękkiego kamienia, który z czasem twardnieje i nabiera charakterystycznej dla miasta bursztynowej barwy. Takiej rekomendacji nie można było zlekceważyć.

Lecce – amfiteatr rzymski

Trzeba przyznać, iż miasto jest całkiem nieźle przygotowane na przyjazd gości. Znalezienie informacji turystycznej nie stanowiło żadnego problemu. Co więcej, na trasie spaceru spotkaliśmy ich jeszcze kilka. Uzbrojeni w plan starego miasta z zaznaczonymi najważniejszymi zabytkami oddaliśmy się zwiedzaniu. Na nasze nieszczęście otoczenie miejscami przypominało jeden wielki plac budowy. Fasady wielu historycznych budynków w tym Bazyliki Santa Croce, ponoć najbardziej reprezentatywnego przykładu wspomnianego baroku z Lecce, były szczelnie przykryte rusztowaniami. Generalnie ten bum renowacyjno-budowlany obserwujemy od pierwszego dnia. Wszędzie toczą się jakieś prace mające poprawić wygląd starych budowli lub też stawiające nowe pensjonaty, restauracje i inne miejsca turystycznego użytku. Toczące się prace nie przeszkodziły nam jednak w zachwycie nad miastem. Wszechobecna bursztynowa barwa, zabytki wyrastające dosłownie na każdym kroku w ilości dużo większej niż pokazywała to nasza schematyczna mapka, panie częstujące co raz ciastkami (oczywiście w ramach zaproszenia do swojego sklepiku z produktami lokalnymi, nie mniej darmowa degustacja zawsze w cenie), butiki z rękodziełem. To wszystko przyprawiało o pozytywny zawrót głowy a potęgowała go tak oślepiająca jasność, że bez okularów słonecznych byłoby trudno. Jedyny zawód spotkał nas tylko na zamku Karola V. Udostępnione do zwiedzania komnaty, tak naprawdę poza jakimiś planszami z morzem tekstu i chyba jedną gablotą z resztkami naczyń, prezentowały cale wielkie nic.

Lecce – restauracja Crianza – pieczone kulki ricotty z warzywami

Na zakończenie dodam, że kulinarne szczęście nas nie opuszcza 😀 Gdy przyszedł czas na małe co nieco, zaczęliśmy większą uwagę zwracać na mijane punkty gastronomiczne niż kościoły. Co raz coś nam nie pasowało. A to nie było miejsc, a to za bardzo „ą-ę”, a to za bardzo fast foodowo, a to znowu pizza a dziś byśmy chcieli coś innego. W pewnym momencie poczuliśmy cudowny zapach i od razu wiedzieliśmy, że to musi być to. Crianza okazała się być bardzo ciekawym miejscem. Z początku wydała się nam mało włoska z menu pełnym kanapek i burgerów, ale to tylko pozory. To prawda, że pieczywo w różnej odsłonie stanowi tam bazę wielu dań, jednak wszystko wypiekane jest na miejscu, z lokalnej mąki a i dodatki są też iście włoskie. Można zamówić kanapki na czymś w rodzaju croissanta lub bagietce, tradycyjne bruschetty, wspomniane burgery czy sałatki. My zdecydowaliśmy się na dwa dania spoza karty: kanapkę z pieczoną wieprzowiną, grillowanymi warzywami, oliwą i pastą pistacjową oraz ser burrata (podobny do mozzarelli, ale delikatniejszy i słodszy w smaku, z kremowo-śmietanowym środkiem) na prosciutto w towarzystwie mango i prażonych płatków migdałów.  W ramach przystawki zamówiliśmy jeszcze pieczone kulki z ricotty. O mamo! Po skończonym posiłku chcieliśmy zostać adoptowani przez przemiłego właściciela, który wcześniej perfekcyjną angielszczyzną przeprowadził nas przez meandry menu.

Dzisiejszy dzień zakończyliśmy na kamienistej plaży niedaleko naszego hotelu. W okół nie było żywej duszy. Sama miejscówa nie była może jakaś zjawiskowa, nie mniej ciekawe czy zawsze pozostaje taka spokojna czy może też ożywa nieco w sezonie.

Autor

3 komentarze

  1. … wybraliście cudowne miejsca na odpoczynek… Cisza, spokój, pyszne jedzonko… Dla mnie po prostu jak w bajce! Można naprawdę odpocząć…

  2. Mile rozpoczynam ostatnio każdy dzień, od interesującej lektury i wspaniałych widoków. Ciekawa jestem co będzie dalej.

  3. Wczoraj wieczorem wróciliśmy z Łodzi, więc nie zaglądałam do Was i teraz nadrobiłam zaległości z przemiłej lektury. Nigdy dość zachwytów nad urokiem włoskich uliczek i widokami, od których zapiera dech… To cudowne, że są takie miejsca, do których chcemy uciekać od zgiełku wielkich i nowoczesnych miast. Cieszę się, że jesteście w tak cudownym miejscu…

Napisz komentarz