Dziś w całej Apulii przytrafiła się … niedziela 😀 Co więcej, pogoda znów dopisała. Piękne słońce i wysokie, jak na kwiecień, temperatury utrzymujące się już któryś dzień sprawiły, że nawet Włosi uwierzyli, że robi się już na serio ciepło. Ciemne pikowane kurtki zamienili na lżejsze, ale równie ciemne (czarny to chyba tu ulubiony kolor), po czym tłumnie wypełźli na ulice miast. Ponoć zazwyczaj spokojne Trani, które odwiedziliśmy popołudniu, jak i pobliskie Giovinazzo, w którym wieczorem zawitaliśmy do marketu i które z poprzednich wizyt pamiętaliśmy jako senne i opustoszałe, przeżywały prawdziwe oblężenie mieszkańców. Spacerujące rodziny, dzieci na placach zabaw, dorośli w kawiarnianych ogródkach wystawiający twarze do słońca, młodzież okupująca parkowe ławki czy murki. Zupełnie jakby wczoraj jeszcze była zima! Zapewniamy, nie była 🙂

Poranny rozruch mieliśmy dziś wolniejszy niż zwykle. Poprzedniego dnia do hotelu zajechaliśmy dość późno, blogowy wpis o Gargano i zdjęcia nadrabialiśmy więc dziś po śniadaniu. Na niedzielną wycieczkę trzeba było wybrać coś względnie niedaleko. Jako, że do tej pory zamki, które mijamy po drodze są albo zamknięte, albo nudne (albo nie potrafimy ich zlokalizować 😛 ), postanowiliśmy dać jeszcze jednemu szansę na uratowanie zamkowego honoru Apulii.

Castel del Monte

O Castel del Monte dowiedzieliśmy się z bloga Primo Cappucino . Przeczytaliśmy tam, że istnieje, że został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i że warto. Tyle. Nasz przewodnik oczywiście ani słowa (tak na marginesie Włochy południowe. Śródziemnomorskie dolce vita. wydawnictwa Bezdroża – nie polecamy). Ilość turystów na miejscu, zorganizowane wycieczki autokarowe i cała przemyślana turystyczna logistyka szczerze nas zdziwiły. U podnóża wzniesienia zorganizowany został olbrzymi parking z kilkoma barami, sklepem z pamiątkami i toaletami, do których mój brzuszek utorował sobie niespodziewanie darmową drogę. Sprzedawano tam również bilety na autobus, który zawoził chętnych pod sam zamek. Nie warto było jednak wydawać na niego pieniądze. Wzniesienie jest łagodne, droga krótka i bardzo przyjemna. W okół kwieciste trawy, iglasty las i śpiew ptaków.

Castel del Monte

W oparciu o Castel del Monte można uczyć się geometrii. Wybudowany w 1240 roku przez Fryderyka II Hohenstaufa uznawany jest za jedno z najdoskonalszych dzieł średniowiecza. Zbudowany na planie ośmiokąta foremnego, z wieżą w każdym narożu, posiada dwie kondygnacje, z których każda zawiera osiem przechodnich pomieszczeń ułożonych w okół oktogonalnego dziedzińca. Pomieszczenia te są w zasadzie bardzo do siebie podobne. Te na górze mają tylko znacznie większe okna i inne kolumny; w niektórych widać też ślady po kominkach. Wewnątrz panuje odczuwalny chłód. W takim miejscu aż prosiłoby się o jakiegoś polskiego przewodnika z pasją, który swą opowieścią wskrzesiłby nieco życia w te puste mury. Z pewnością jednak jest to zamek inny niż wszystkie.

Trani – miasto wolnego życia

Popołudniem chcieliśmy skoczyć jeszcze do jakiejś nadmorskiej mieściny. Wybór padł na Trani jako niewielkie miasteczko pełne ciszy i spokoju. To własnie tu dopadł nas wspomniany na wstępie „efekt ciepłej niedzieli”. Niezła cisza i spokój 🙂 Mimo skupienia większości mieszkańców w okolicach mariny i miejskiego parku a następnie ogromnych korków przy wyjeździe z miasta, Trani doprawdy nas urzekło. W ramach obiadu trafiliśmy do malutkiego Caramel Bistrot w bocznej uliczce, które ujęło mnie wyglądem kilku stolików stojących przed wejściem. Nie byliśmy pewni czy w ogóle jest to miejsce, w którym się je (potykacz wymieniał przede wszystkim napoje), ale starszy pan siedzący przed wejściem (mniemamy, że właściciel) szybko rozwiał nasze wątpliwości. Zaproponował nam tzw. małe menu. Za 10 euro dostaliśmy foccacię na przystawkę, świeżo zrobiony makaron na danie główne i dowolny napój bez lub alkoholowy. Makaronem dnia okazało się „orecchiette cime de rapa” – totalny klasyk tutejszej kuchni. Cime de rapa to rzepa brokułowa – liściasta roślina zielona wyglądająca trochę jak przerośnięty szpinak z małymi „niedorozwiniętymi” różyczkami brokułów na końcach pędów. W smaku trochę jak szpinak, trochę jak jarmuż, z wyraźną charakterystyczną goryczką. Potrawa rzeczywiście została ugotowana podczas gdy czekaliśmy sobie na słoneczku, po czym podana bezpośrednio z patelni na nasze talerze. W ramach digestive’u Michał spróbował domowego limoncello z pomarańczy. Po degustacji stwierdził, że nie umywa się do żadnych kupnych cytrynowych. 100% smaku pomarańczy i zero posmaku spirytusu. Cichy zabójca 😀

Jutro ostatni dzień naszych małych wiosennych wakacji. Jedyny plus powrotu jaki widzimy to zmniejszenie ilości spożywanych węglowodanów jakie płyną tu do nas nieprzerwanym strumieniem przepysznej włoskiej kuchni 😀

 

Autor

1 komentarz

  1. Małe wiosenne wakacje a tu tyle miejsc zwiedzonych, zdjęć zrobionych , opowieści podróżniczych napisanych ! Super wakacje!

Napisz komentarz