Mijają właśnie dwie doby od ostatniego posta. Jest niedziela, powoli zachodzi słońce, siedziby na ręcznikach na plaży (bez laptopa oczywiście, piszę w notesie) i w końcu wakacyjnie się byczymy.

W sobotę pozwoliliśmy sobie na spanie „aż do” 7 i niespieszne tempo. Do Livorno mieliśmy jakieś 700 km. Po drodze postanowiliśmy wprawdzie nieco zboczyć do Muzeum Ferrari w Maranello, ale mieliśmy na względzie, że ponoć spokojnie można je całe obejść w godzinę (w dwie kontemplując każdy model). Jako, że naszym celem był prom o północy, zaczęliśmy się zastanawiać co zrobimy z resztą czasu. Odpowiedź przyszła dość szybko – spędziliśmy go stojąc w korkach!

Znaliśmy dobrze efekt wąskiego gardła w miejscu gdzie łączą się dwie autostrady (A23 i A4), ale chyba nigdy korek nie zaczynał się tak wcześnie, nigdy też ucieczka z autostrady nie powodowała wjechania w … korek równoległy. Jazda zdawała się nie mieć końca. Gdy po jakimś czasie wróciliśmy na autostradę z nadzieją, że ominęliśmy najgorsze, przywitały nas roboty drogowe i kolejne zatory. W miarę normalna jazda przyszła dopiero gdzieś ok 15-tej a już zaczynaliśmy poważnie wątpić czy na Maranello starczy nam czasu. Starczyło! Ale o tym Michał w swoim motoryzacyjnym wpisie 😉

DO Livorno dotarliśmy ok 20-tej. W sam raz by jeszcze po widnemu trafić do portu i kupić bilety. Całe szczęście z miejscami nie było problemu. Po cichu liczyliśmy na rezerwację foteli, ale zgodnie z porannym wywiadem w sieci wszystkie kajuty i rezerwowane miejsca siedzące były już wysprzedane. Było jeszcze wcześnie więc postanowiliśmy udać się na pierwszy ciepły posiłek tego dnia. Padło na pizzę w portowym barku i był to naprawdę słuszny wybór! Następnie ustawiliśmy się Leonem w kolejce do odprawy i w oczekiwaniu na północ ucięliśmy sobie po małej drzemce 😉

Załadunek tradycyjnie się opóźnił. Jakoś przed pierwszą uzbrojeni w kocyk i 2 podusie rozpoczęliśmy akcję „miejsce do spania” i trzeba dodać, że mieliśmy nie lada konkurencję. Jak grzyby po deszczu na poszczególnych poziomach promu wyrastały kolejne „łóżka”. Czasem na hardcora na zwykłym ręczniku czy po prostu na podłodze, na kocach lub karimatach aż do prawdziwych wypasów w postaci pompowanych materacy i śpiworów. Noc na podłodze nie była może szczytem wygody, ale nie należała do najgorszych i zgodnie stwierdziliśmy, że nocny prom to był na serio dobry pomysł. Obudziliśmy się około 6 rano. Kolejne dwie godziny spędziliśmy już na pokładzie oglądając wschód słońca i wyostrzające się coraz bardziej rysy wyspy.

Poranna podróż to już był pikuś. Jakieś 140 km na zachodnie wybrzeże wyspy i już byliśmy na campingu mając przed sobą cały dzień. Jest dobrze ;D Śliczny camping, mało ludzi, pogoda marzenie, tylko na wieczór tną komary no i z internetem mogłoby być lepiej.

 

Autor

Napisz komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.