Wczorajszy dzień był naszym ostatnim stuprocentowo wakacyjnym dniem nienaznaczonym podróżą lub pakowaniem. Najpierw leniwy poranek, cappuccino w kempingowym barku, następnie udaliśmy do Olbii zakupić bilety na dzisiejszy prom. Wracając zahaczyliśmy o wielki market gdzie dokonaliśmy naszych tradycyjnych przedwyjazdowych zakupów i w dźwięku stukających o siebie butelek wina wróciliśmy „do siebie”. Odnaleźliśmy naszego gospodarza w celu uregulowania płatności za pobyt i … zaczęła się przyjaźń ;D

Kiedy zapytaliśmy się o której godzinie musimy opuścić kemping, usłyszeliśmy, że wtedy kiedy nam pasuje. Nasz prom wypływa o 22:30, więc nie bez znaczenia jest fakt, że mamy się jeszcze gdzie podziać przez cały dzień. No i trzeba dodać, że na innych kempingach godzina tzw. „check-out” jest bardzo respektowana i wszędzie wiszą informacje, żeby koniecznie się wymeldować do tej i do tej, bo w przeciwnym razie zapłacimy za kolejny dzień pobytu. Po tej uprzejmości wiedzieliśmy już, że oto siedzi przed nami człowiek godzien tej butelki Żubrówki, którą wozimy ze sobą od pierwszego dnia na wypadek gdyby przyszło nam się z kimś „bratać”. Niczym promienie sardyńskiego słońca zaświeciły się oczy Emanuela – bo tak ma na imię –  na widok butelczyny ;D W rewanżu zaproponował po mircie – tutejszym likierze z owoców mirtu – w kempingowym barku. Udaliśmy się tam we trójkę a ja po kilku szklaneczkach zaczęłam prawie, że mówić po włosku ;D

W tej chwili jesteśmy już całkowicie spakowani i czekamy na 17-tą, bo na wtedy umówiliśmy się z Emanuelem na dalszy ciąg opijania przyjaźni polsko-sardyńskiej.

Autor

3 komentarze

  1. Moja krew !!!! Bardzo piękne pożegnanie z Emanuelem . Szczęśliwego powrotu i szerokich dróg powrotnych.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.