Grecki pediatra zajął się Leonem jak własnym samochodem. Michał towarzyszył mu przez cały czas i mówi, że był pod wrażeniem porządku i czystości na sali operacyjnej jak i sposobu wykonania całego zabiegu. W międzyczasie uciął sobie z mechanikiem małą pogawędkę, poznał jego rodzinę, dowiedział się kilku ciekawych rzeczy. Czekaliśmy tylko na zaproszenie na kolację, ale niestety takie rzeczy to chyba tylko w Gruzji 🙂

Ubożsi o okrągłą sumę oraz orzechówkę Soplicy, która została wymieniona na butelkę domowego wina, mogliśmy zacząć zbierać się do dalszej drogi. My z Anią przez te długie godziny kontemplowałyśmy kempingowe życie na naszym absolutnie ulubionym po wsze czasy (albo przynajmniej do następnych wakacji) kempingu Vrachos, na którym znaliśmy już każdy kąt, każdego kota i prawie każde danie z karty. Napawałyśmy się widokiem na Meteory smutne, że przyjdzie nam opuścić miejsce, w którym przyjęto nas z takim sercem i uśmiechem. Na pożegnanie zostawiliśmy przywiezioną właśnie na takie okazje Żubrówkę a w zamian posypały się „souveniry” w postaci pięknego albumu o Grecji, pocztówek czy nawet zestawu talii do gry z notesikiem 🙂

Było już bardzo późno jak na wyruszanie w drogę. Wiedzieliśmy, że na miejsce naszego kolejnego obozowiska przyjedziemy ok 22. Zawczasu zdecydowaliśmy się na wynajęcie kolejnej przyczepy. Nieco droższej niż na Meteorach, ale wciąż bardzo przystępnej jak na trzy osoby. W egipskich ciemnościach i zakrętach, przypominających nam zmierzanie do noclegu na Eubei, dotarliśmy do dużego kempingu Armenistis, który wybrałam ze względu na profesjonalną stronę internetową, odznakę Trip Advisor i plażę rok rocznie odznaczaną błękitną flagą. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że wolnych przyczep brak, z wyjątkiem jednej, ale tylko na najbliższe dwie noce. Aż się nam wierzyć nie chciało, bo kemping duży i mamy wrzesień, no ale półwysep Sithonia, na którym się znajdujemy, jest bardzo popularnym miejscem na wakacje niestety nie tylko wśród Greków. Może rzeczywiście posezonowe opustoszenie ma tu miejsce nieco później. Ponadto, z prognoz pogody wynikało, że ostatnio trochę tu było mokro (kilka dużych kałuż jeszcze jest). To też mogło spowodować, że część namiotowych amatorów uciekło do przyczep, dokładnie tak jak chcieliśmy to zrobić my.

Pani w recepcji zaproponowała nam bungalow. Z własną łazienką, aneksem kuchennym, klimatyzacją, dużym podwójnym łóżkiem i jednym piętrowym oraz małym ogródkiem ze stolikiem, krzesełkami a nawet suszarką na pranie. Budżetowo nie był to nasz plan, jakiś czas biliśmy się z myślami i kalkulatorem. Z drugiej strony, to tylko cztery noce (na początku miało być ich tu aż siedem) a różnica wciąż była do udźwignięcia, zwłaszcza że początkowe szacunki odnośnie kwot wydawanych dziennie na jedzenie okazała się nad wyrost. „Zawsze to spróbujemy czegoś nowego” powiedział Michał. „To moje jedyne wakacje od nie pamiętam kiedy” – dodała Ania. Eh, raz się żyje! Następne cztery noce śpimy w domku.

Zmęczeni klapnęliśmy się wszyscy na tym wielkim podwójnym łóżku z domowym winem od mechanika, rozejrzeliśmy się po tych naszych luksusach i jakoś tak kurcze radości brak. Jak te głupole zatęskniliśmy za naszą starą przyczepą, która na nowo jechała stęchlizną ilekroć zostawiło się ją zamkniętą na dłużej. I za „moim” kotem, którego na serio chciałam szmuglować do Polski. Za wszechobecnym widokiem na Meteory i za wieczorami w tawernie, z której wychodziliśmy zawsze jako ostatni.

Autor

3 komentarze

  1. Mam nadzieję, że opuszczając obecne luksusy, też będziecie później za nimi tęsknić, jak i za całą Grecją.

  2. Życzę w nowym miejscu nie mniej ciekawych wrażeń niż w poprzednim, może jak nastanie dzień, wzejdzie słońce to i to w którym jesteście okaże się równie wspaniałe.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.