Poprzedniego dnia udało nam się znaleźć miejsca na sesję o wschodzie słońca. Były to pobliskie saliny i wiatraki używane niegdyś do pozyskiwania soli, stanowiące obecnie uroczy symbol regionu. Zdecydowanie warto było wstać o 4 nad ranem, bo zdjęcia z tego poranka są absolutnie niesamowite.

Wracając zostaliśmy „przyłapani” w naszych ślubnych strojach przez właścicielkę hotelu, w którym mieszkaliśmy i od tego momentu staliśmy się jej ulubionymi gośćmi 😀 Poleciła nam wieczorem zejść do baru na „welcoming drink”. Po cywilnemu udaliśmy się na kolejną porcję śniadaniowych węglowodanów a następnie uskuteczniliśmy malutki „smażing” przy hotelowym basenie. Grzegorz – człowiek ze stali – odważył się nawet wejść do wody!

Schody TurkówTo oczywiście nie koniec atrakcji dnia. Po basenowym relaksie, z nowymi siłami wsiedliśmy do naszego wehikułu i udaliśmy się na południowy-wschód. Schody Turków to prawdziwy cud natury. Biały, wapienny klif schodzący łagodnie do morza oblegany w sezonie przez miłośników opalania. Dotarliśmy do niego idąc kilka minut plażą, niosąc ze sobą na wieszakach nasze, nie pierwszej świeżości już, ślubne ciuchy. Tym razem również stanowiliśmy nie lada atrakcję. Śmialiśmy się nawet, że po powrocie trzeba będzie wpisać w Google „ślubna para na tureckich schodach” i z pewnością znajdziemy tam fotki lub filmiki z naszej sesji. Grzegorzowi udała się natomiast rzecz z pozoru niemożliwa – na zdjęciach w ogóle nie widać tych wszystkich ludzi.

Agrygent - Dolina ŚwiątyńOstatnim punktem tego intensywnego dnia była wizyta w Dolinie Świątyń – pobliskiej strefie archeologicznej w miejscowości Agrygent. Grunt to pojechać na włoską wyspę żeby sfocić się przy starożytnych greckich świątyniach 😀 Zakupiliśmy bilety i ruszyliśmy szukać idealnych miejscówek na zdjęcia. Tradycyjnie zabraliśmy też od razu cały nasz ślubno-fotograficzny ekwipunek. Przebieranie się w miejscach publicznych mieliśmy już opanowane 😉 Oczywiście szybko rzuciliśmy się w oczy, tym razem jednak nasza obecność okazała się lekko problematyczna. Aparat, obiektywy i statyw nie przypominały standardowego wyposażenia turysty, dlatego też szybko zostaliśmy zauważeni przez panów z obsługi, którzy zaczęli domagać się od nas „autorizzazione”. No i konsternacja. Pani w kasie nie pisnęła słowem, że wchodząc tak obładowani na teren parku możemy mieć jakieś kłopoty. Nigdzie też nie spotkaliśmy się z zakazem fotografowania. Na około wszyscy zwiedzający cykają fotki na potęgę a my nagle musimy się tłumaczyć. No i staliśmy tak sobie, oni po włosku, my po angielsku w nadziei, że brak wspólnego języka zniechęci stronę przeciwną. Nic z tego. Panowie wezwali posiłki w postaci tłumacza. Do tej pory nie wiemy o co tak naprawdę chodziło. Być może wyobrazili sobie, że zrobimy tam nie wiadomo jak komercyjną sesję i zdjęcia greckich świątyń przyniosą nam potem miliony moment a to wszystko bez odpowiednich pozwoleń. Początkowo towarzystwo w ogóle zdawało się nie wierzyć w naszą „bajeczkę” o sesji ślubnej do czasu aż nie zaczęliśmy się przebierać na ich oczach 🙂 Koniec końców dostaliśmy łaskawie pozwolenie na zrobienie kilku zdjęć, ale pod ich bacznym okiem. Gdy okazało się, że przedmiotem zainteresowania fotografa jesteśmy jednak głównie my, nasza obstawa szybko dała za wygraną i najzwyczajniej w świecie sobie poszła.

Do hotelu wracaliśmy już po ciemku. Ja oczywiście spałam przez większość drogi, dobrze więc, że był Grzegorz, który „zabawiał” rozmową naszego kierowcę 😉 Po dotarciu do hotelu z wielką przyjemnością zeszliśmy do baru na obiecanego powitalnego drinka. Drink okazał się lampką słodkiego miejscowego wina w towarzystwie migdałowych biszkoptów. Taki starter rozbudził tylko nasz alkoholowy apetyt 🙂 Ostatni wieczór na wyspie spędziliśmy więc ponownie przy hotelowym basenie racząc się tym razem schłodzonym wytrawnym białym winem. Najlepsze było też to, że prócz nas i pani właścicielki nie było tam żywej duszy.

Autor

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.