Czerwony kolor w losowych miejscach na naszych ciałach dał wyraźnie do zrozumienia, że dziś plaży nie będzie 😉 Postawiliśmy więc na dalsze zwiedzanie wyspy a chęć zanurzenia spoconego ciała w przyjemnie chłodnej wodzie została zaspokojona dopiero pod wieczór, gdy w ostatnich promieniach słońca zdążyliśmy jeszcze wskoczyć do hotelowego basenu.

W drodze do TefiiRuszyliśmy na północny zachód. Widok niebieskiej wody na horyzoncie na jakiś czas zastąpiły nam niekończące się połacie suchej powulkanicznej ziemi. Osobliwa to wyspa ta Fuerteventura. Wszędzie totalne pustkowie i tylko gdzieniegdzie niczym oaza wyrasta skupisko domów i kilku skrzyżowanych ulic tworząc miasteczko. Zanim człowiek zdąży nacieszyć oczy jakimś przejawem zaludnienia, mija ostatni domek i znowu tylko droga, sucha ziemia i powulkaniczne stożki. Jak brzydkie kaczątko lub kopciuszek. Z pozoru trudno się nią zachwycić, ale przy odrobinie trudu można znaleźć tu kilka prawdziwych perełek.

Skansen w Tefii (Ecomuseo La Alcogida)Pierwszym przystankiem naszej dzisiejszej wycieczki był skansen w Tefii (Ecomuseo La Alcogida) ochrzczony przeze mnie „muzeum wsi Fuerteventurskiej”. Kapitalny pomysł, który uratował małe miasteczko przed totalnym wyludnieniem. W kilku odnowionych posiadłościach ziemskich przybliża się turystom codzienne życie dawnych mieszkańców Fuerteventury. W domach można podziwiać zachowane sprzęty i meble. Po podwórku chodzą kury, w stajni mieszkają wielbłądy a obok nich oczywiście kozy. W małej salce kinowej można obejrzeć krótkie filmiki prezentujące wyrób wszelkiego rodzaju rękodzieła. Co więcej, w kilku domach owo rękodzieło wytwarzane jest na naszych oczach przez pracowników obsługi. Za niemałą ilość euro monet można zakupić np. ręcznie pleciony kapelusz, pled czy wyroby garncarskie. Widać, że te pieniądze są inwestowane dalej, bo w przygotowaniu jest już kolejne domostwo.

La Oliva - kościół Matki Bożej GromnicznejNastępne na trasie było miasteczko La Oliva – centrum administracyjne kurortu Corralejo, będące niegdyś siedzibą naczelnego dowódcy wojskowego wyspy. Zatrzymaliśmy się przy jednym z największych (a jedynym trójnawowym) kościele na wyspie – kościele Matki Bożej Gromnicznej – z interesującą dzwonnicą. Następnie udaliśmy się do Domu Pułkowników (Casa de los Coroneles) reklamowanego przez przewodnik jako najważniejszej budowli o znaczeniu militarnym na całym archipelagu. Spodziewaliśmy się zachowanej broni, mundurów, fragmentów wyposażenia. Niestety w dużych, pustych salach z cudownie skrzypiącą drewnianą podłogą, do oglądania były tylko plansze, zdjęcia i rysunki poszczególnych stacjonujących tam wojskowych. Po zachwytach nad Muzeum w Tefii, tym byliśmy bardzo rozczarowani.

Muzeum Tradycyjnego Rybołówstwa (latarnia Faro del Tostón)Ruszyliśmy dalej w kierunku zachodniego wybrzeża do miejscowości El Cotillo. Chcieliśmy trochę odsapnąć i coś zjeść. Naszą uwagę przykuły jednak drogowskazy na latarnię morską Faro del Tostón, obok której znajduje się ponoć bardzo ciekawe Muzeum Tradycyjnego Rybołówstwa. Stwierdziliśmy, że warto. Miejsce od razu przypadło nam do gustu. Cypel Punta de la Ballena, na którym znajduje się wspomniana latarnia i jej starsza, mniejsza koleżanka, to skamieniałe wydmy, o które z impetem rozbijają się fale oceanu. Jakiż był więc nasz zawód, gdy na drzwiach przywitała nas kartka informująca, że z powodu problemów z prądem muzeum jest nieczynne ;( Na taki smutek odpowiedź jest tylko jedna – porządna dawka węglowodanów! Wróciliśmy do El Cotillo, zaparkowaliśmy samochód a naszym oczom ukazała się … francuska boulangerie 😀 Niczym znak z niebios! No dobra, wiemy, francuskie wypieki na hiszpańskiej wyspie powiecie. Słusznie, ale byliśmy po prostu zdesperowani. Na nasze usprawiedliwienie powiemy, że pani sprzedająca była hiszpanką pełną gębą.

Paella w Cafe Central (El Cotillo)Posileni i napojeni … włoskim cappucino (jak już multikulti to na całego) ruszyliśmy w zakamarki El Cotillo. To miejsce ma niesamowity urok i w sumie nie wiemy co takiego podobało nam się w nim najbardziej. Zgodnie stwierdziliśmy jednak, że to póki co nasz numer jeden jeśli chodzi o tutejsze miejscowości. Ot niby trochę wąskich uliczek i losowo poustawianych domków. Trochę małych knajpek i większych restauracji. Biały kolor ścian kontrastuje z ciemnym granatem oceanu, który poprzez wysokie fale wygląda tu dużo groźniej niż wczoraj na wschodzie. Kamienista mikro plażyczka w samym centrum a obok rybak oprawiający swój dzisiejszy połów. Mało ludzi, w sumie siesta. Poza kąpiącą się dzieciarnią, o opaleniźnie w odcieniu dla mnie nieosiągalnym, wszyscy pozostali to turyści. Docieramy do zabytkowej wieży obronnej (Torre del Tostón, niestety również zamknięta), obowiązkowe selfie na klifie i wracamy. Postanawiamy zostać w El Cotillo na obiad. Wybór trafia na małą knajpkę (Cafe Central), z której kelner pozdrawiał nas ilekroć przechodziliśmy dziś obok niej. Wewnątrz tylko kuchnia, gdzie królują dwie starsze panie. Stoliki ustawione są na zewnątrz. Korzystamy z tego, że znów jesteśmy przy wodzie i zamawiamy paellę z owocami morza i ośmiornicę, ale tym razem nie z grilla a marynowaną z oliwą i czosnkiem. Zawartość talerzy sprawia, że totalnie odpływamy. To był absolutnie najlepszy posiłek jak dotąd.

 

Autor

2 komentarze

  1. Piękny jest ten zamiennik opalania. Komentarz Moni jak zawsze trafny i dowcipny, a zdjęcia Michała cudownie przenoszą mnie w inną przestrzeń.

  2. Po wulkanicznej ziemi wcześniej nie stąpaliście… Jak zwykle fantastycznie z Wami podróżować – co roku coś nowego 🙂 Moniś, akcja brąz powiodła się!

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.