Według jednego z naszych przewodników, liczba deszczowych dni na wyspie w miesiącu wrześniu wynosi 0. Ostatnia noc była więc albo przejawem anomalii pogodowej, albo też niemiłosierny fałsz dobiegający z hotelowego karaoke wywołał opady. Zgadnijcie, którą opcję obstawiam 😀
Po dwóch dniach na północy, dziś obraliśmy kierunek przeciwny. Chcieliśmy dotrzeć na półwysep Jandia – miejsce gdzie ponoć kończy się asfalt a dalej można dotrzeć już tylko szutrową drogą. Wiedzieliśmy, że bez terenowego samochodu żaden off-road nam się raczej nie przytrafi, ale i tak fajnie byłoby dotrzeć tak daleko jak tylko można.

Poblado de La AtalayitaPierwszym przystankiem na trasie było Poblado de La Atalayita – odrestaurowana osada pierwszych prehistorycznych mieszkańców wyspy. Ponumerowane stanowiska archeologiczne są dostępne za darmo i nie chroni ich żadne ogrodzenie. Wypadałoby jednak wiedzieć na co się patrzy 😉 Do połowy wkopane w ziemię domy jeszcze jako tako da się rozróżnić, ale jak odgadnąć znaczenie pozostałych fragmentów kamiennych budowli? W położonym tuż obok punkcie turystycznym, pomysłowo stylowanym na taki starożytny kanaryjski domek, przez szybę dostrzegliśmy mapki i prospekty. Warstwa pokrywającego je kurzu oznaczała, że informacja o „tymczasowym” zamknięciu jakiś czas już tam wisi.

Jechaliśmy dalej cały czas utożsamiając sobie to tajemnicze południe z takim tutejszym krańcem świata. No bo skoro na sam koniec docierają tylko Ci z napędem 4×4 lub hardcorowi rowerzyści, skoro w miejscowości Morro Jable trzeba pamiętać o zatankowaniu samochodu, bo potem nie ma już żadnej stacji, skoro zachodnie wybrzeże półwyspu opisywane jest jako jedna wielka oaza ciszy, spokoju i tajemniczości, to siłą rzeczy myśleliśmy, że im bliżej tamtych terenów, tym bardziej powinno się wyludniać i pustoszeć. Co prawda czytaliśmy, że miejscowości Costa Calma i Morro Jable to ważne kurorty, upodobane tym razem przez niemieckich turystów, no ale jeśli tuż za rogiem ma czekać „niczym niezakłócona samotność”, to jak bardzo mogą być krzykliwe?

Na początek minęliśmy nowiutki odcinek autostrady jeszcze nie oddany do użytku. Następnie przejechaliśmy się kolejnym. W mijanych miejscowościach na ulicach zaczęły pojawiać się …  światła (do tej pory nie widzieliśmy żadnych i rozpływaliśmy się nad tym jakim to fantastycznym rozwiązaniem jest rondo). Gęstniała zabudowa, pojawiało się coraz więcej palm i trawników a na taki luksusowy dywan pozwalają sobie na wyspie co najwyżej drogie hotele. Costa Calma tymi wszelkimi luksusami nie zachęciła nas do tego by zatrzymać się tam choć na moment. Kierunek Morro Jable, bo przecież tam kończy się świat! No i rzeczywiście, koniec świata! Takiego szkaradztwa jeszcze tu nie widzieliśmy. Niczym jeden wielki targ próżności i konsumpcjonizmu. Chaotyczna zabudowa złożona praktycznie z samych sklepików, butików, swoistych centrów handlowych, knajpek i wielopiętrowych hoteli. Na szyldach wielkie marki i wszędzie ludzie. Zmęczyło mnie samo przedzieranie się przez tą dżunglę w poszukiwaniu sklepu spożywczego i toalet a ludzie płacą miliony monet żeby spędzić tam swój urlop! Masakra!

Półwysep Jandia - 19 km do końca wyspyPojechaliśmy szukać końca drogi. Był! Ostatni przystanek autobusowy i asfalt nagle się urywa a z nim cała cywilizacja. Nie powiem, że na dalszej żwirówce widzieliśmy same terenówki. Było też sporo odważnych turystów w wynajętych samochodach, mimo, iż nie można się nimi poruszać po nieutwardzonych drogach. No ale kto bogatemu zabroni 🙂 Nasz krążownik szos to Fiat 500, o którym jedno można powiedzieć zdecydowanie – jest to samochód absolutnie miejski ;D Postanowiliśmy więc oszczędzić naszej Fiacinie tych skocznych wrażeń. Podjechaliśmy tylko kilka metrów by wysiąść i przejść kawałek pieszo. Zastanawiam się tylko jak ilość samochodów, które decydowały się pokonać tych ostatnich 20 km, ma się do wspomnianej „niczym niezakłóconej samotności”. Mimo wszystko szkoda, że nie mogliśmy dojechać do końca. Być może obraz południa w naszych oczach zostałby nieco podratowany.

Playa de la BarcaCoś nam ewidentnie nie szło to dzisiejsze wycieczkowanie. Na pocieszenie Michał zgodził się w drodze powrotnej zatrzymać na plaży. Wybór padł na bardzo szeroką Playa de la Barca, przy której zlokalizowany jest hotel oraz szkoła wind i kitesurfingu. Na nasze szczęście ludzi było jak na lekarstwo a przy niebagatelnym rozmiarze samej plaży można śmiało powiedzieć, że było wręcz pusto. 100% zachmurzenia, które z uporem maniaka utrzymywało się przez cały dzień, skutecznie hamowało większość promieni słońca chętnych zbrązowić mi skórę. Bezsensu ;(

Pozo Negro - restauracja Los CaracolesNie spodobało nam się na tym południu. Ruszyliśmy w stronę naszej oswojonej północy. Po drodze chcieliśmy jeszcze gdzieś usiąść na obiad. Za naszym przewodnikiem wybraliśmy małą wioskę rybacką niedaleko strefy archeologicznej, w której byliśmy na początku. Pozo Negro, bo tak się nazywa, totalnie nas zafascynowała i już spieszę wyjaśniać dlaczego. Wioseczka dosłownie na końcu szosy, która ma tam swój koniec. Nie można więc trafić tam przypadkowo po drodze, bo nic dalej już nie ma. Nad brzegiem oceanu stoi dosłownie z 8 starych nieurodziwych domów. Kilka z nich sprawiała wrażenie jakby mogła być pod wynajem, ale nie potwierdził nam tego żaden napis czy tabliczka. Malusia, wąska kamienista plaża a na niej zaparkowanych kilka łodzi. Przy tej plaży dwie knajpy
specjalizujące się, oczywiście w czymże by innym w takim miejscu, świeżej rybie i owocach morza. W obydwu knajpach siedzieli goście i bynajmniej nie byli to lokalsi. Wybraliśmy restaurację Los Caracoles. Krótkie, bardzo „morskie” menu w kilku językach, w tym po polsku! Zamówiliśmy sakiewki z ciasta filo faszerowane rybą i owocami morza smażone w gorącym miodzie palmowym – czyż to nawet nie brzmi fenomenalnie?! Na drugie kalmary w panierce z domowymi frytkami oraz krewetki z czosnkiem i pietruszką podawane w skwierczącej od rozgrzanej oliwy miseczce. Na deser typowy hiszpański flan i ryżowy pudding. Oczywiście odpłynęliśmy w krainę szczęśliwych najedzonych brzuchów a pałaszowaliśmy z takim zapałem, że drugiego dania nie sfotografowaliśmy w ogóle 😀 Przy stoliku obok siedziały dwie Angielki a przy drugim grupa Niemców. Zadziwiająca jest więc tajemnica Pozo Negro. Skąd ludzie wiedzą o takich miejscach? Czyżbyśmy wszyscy czytali ten sam przewodnik?

Do hotelu wróciliśmy później niż zwykle, dlatego też wpis publikowany jest z małym poślizgiem. Potykacz przed recepcją reklamował wydarzenie wieczoru … karaoke!

Autor

3 komentarze

  1. Generalnie wszędzie pusto, czy to ze względu na porę roku, już po sezonie?czy turyści wolą inne miejsca?

    • Monia Odpowiedz

      Trudno powiedzieć, trzeba by tu dla porównania przyjechać w innym terminie 🙂 . Pewnie tak wszystkiego po trochu. Być może w lipcu i sierpniu ludzi jest więcej, ale trzeba zaznaczyć też, że wielu ludzi na taką wyspę jak Fuerteventura jeździ żeby poplażować i poza swoje kurorty za bardzo się nie rusza. Na naszych szlakach widujemy ludzi, ale rzeczywiście raczej pojedyncze sztuki. A, no i zdjęcia staramy się robić tak by ludzi nie było nie widać 😉

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.