Można być jednym wielkim ignorantem w dziedzinie architektury i sztuki a i tak nazwisko Gaudiego nie będzie obce. Co by nie mówić, jest on jednym z głównych sprawców niesłabnącego ruchu turystycznego w Barcelonie. Dzisiejszy dzień był więc sponsorowany przez literkę G. G jak Gaudi.

Zakupione wcześniej bilety do Sagrady Familii zdeterminowały nasz poranek. Po raz kolejny trzeba było wstać wcześnie by sprawnie ogarnąć kąpielowo-śniadaniowe sprawy i na 10:00 dotrzeć pod Świątynię. Kupno biletów przez internet w wielu przypadkach jest doskonałym ułatwieniem i przyspieszaczem procesu zwiedzania. Z drugiej strony, obowiązek dokładnego określenia daty i co gorsza godziny wejścia jest już obostrzeniem, które może powodować pewne komplikacje w planowaniu dnia.

Sagrada FamiliaPierwszy efekt „wow” miał miejsce tuż po wyjściu z metra. Monumentalność i finezja Sagrady Familii uderza od razu. Wyposażeni w audioprzewodniki (nasza trójka po angielsku i mama po rosyjsku) udaliśmy się na zwiedzanie tej niezwykłej budowli. Kolumny rozgałęziające się przy sklepieniu jak drzewa, witraże mieniące się feerią barw, gra światła, misterność rzeźbień na fasadach, z których żadne dwa, jak w naturze, nie mogą być identyczne. Oryginalności całego przeżycia dodaje fakt, iż teren Świątyni to jednocześnie jeden wielki plac budowy. Dźwigi, taczki, piach, robotnicy na wysokościach poprzypinani asekurującymi linami to codzienność, która na stałe wpisała się w obraz Sagrady Familii. Niektórzy twierdzą nawet, że przy całej tej finezji budowli, ażurowe dźwigi nie wyglądają znowu tak źle 🙂 . Jedyny zawód sprawił nam wjazd na wieżę fasady Męki. Osiatkowany punkt widokowy, znacznie osłonięty przez rusztowania, nie robi jakiegoś spektakularnego wrażenia. Na dodatek w drodze powrotnej przyszło nam pokonać ponad 400 schodów a ze względu na mamę chciałam wybrać wieżę z windą w dwie strony. Niestety tak się czasem kończy czerpanie wiedzy z „internetów”.

Casa Milà (La Pedrera)Casa Milà (zwana również La Pedrera, czyli kamieniołom) to był nasz kolejny przystanek. Ostatni „świecki” projekt Gaudiego pozwolił nam podziwiać jego nieskrępowaną fantazję w bardziej użytecznym wydaniu.  Zakupione przez internet bilety w wersji „wypasione” pozwalały na wejście do muzeum o dowolnej porze, omijając przy tym wszelkie kolejki. Fasada niczym łagodne falowanie morza, taras na dachu pełen nieregularnych kształtów i słynne kominy zwane „straszakami na wiedźmy”. Wewnątrz ekspozycje traktujące o Barcelonie, jej szalonym architekcie i jego dziełach a także – coś co osobiście uwielbiam – rekonstrukcja typowego wnętrza burżuazyjnego z początku XXw. z meblami, sprzętami i przedmiotami codziennego użytku.

tapas - krewetki, szparagi i krokieciki seroweSłabnące zapasy energii uzupełniliśmy po raz kolejny w tapas barze, których w Barcelonie (a być może i w całej Hiszpanii) jest zatrzęsienie. Czyżby Hiszpanie odżywiali się tylko i wyłącznie przekąskami? 🙂

Casa BatllóCasa Batlló – kolejny dom Gaudiego, mieści się na tej samej ulicy co Casa Milà (Passeig de Gràcia) i cieszy podobnym zainteresowaniem. W tym przypadku, w pokrętnym wnętrzu nie zachowało się wiele z oryginalnego wystroju. Z nowoczesną pomocą przychodzą więc rozdawane w ramach audioprzewodników smartfony !!! 😀 Dedykowana aplikacja gwarantuje nie tylko dźwięk w wybranym języku, ale i obraz. Oglądanie niektórych pomieszczeń „przez” smartfon pomaga poznać ich pierwotny wygląd a także dostrzec różne niuanse i nawiązania do natury, które Gaudi przemycał na każdym kroku. Okna w kształcie muszli żółwi morskich, kominek w kształcie grzyba czy wentylacja „zdjęta żywcem” z łusek ryby to tylko niektóre przykłady. Trzeba przyznać, że jest to niezmiernie oryginalny sposób zwiedzania, którego nie spotkaliśmy do tej pory nigdzie indziej.

Park GüellJak myślę „Barcelona” to od razu przed oczami mam zdjęcia ze słynnej kolorowej ławki z Parku Guell,  takie jak np. to tutaj. Nie mogłam więc nie pominąć tego miejsca w moim ambitnym planie „Barcelona w dwa i pół dnia” 😀 . Jako, że trudno było nam określić na którą godzinę będziemy w stanie zjawić się pod bramą parku, nie mogliśmy kupić biletów wcześniej. Gdy po ponad 40 minutowej podróży autobusem przybyliśmy na miejsce, okazało się, że następne wolne wejście jest dopiero za 1,5h. Zdecydowaliśmy się nie czekać i pospacerować po tej części, do której wstęp nie jest biletowany. W praktyce okazało się, że park jest naprawdę duży (mieszkańcom służy np. jako świetne miejsce na jogging) a płatna jest ta część, którą znamy z pocztówek i folderów – wspomniana ławka (ponoć najdłuższa na świecie) i domy, które mi osobiście przypominają domy z piernika. Koniec końców tego naszego spaceru wyszło grubo ponad 1,5h, ale w sumie aż tak bardzo nie żałowaliśmy, że nie zdecydowaliśmy się na zakup biletów. Dużo rzeczy można było podziwiać z odległości. Skusiliśmy się również na wizytę w domu Gaudiego (takim, w którym mieszkał on sam a nie przez niego zaprojektowanym) i musimy przyznać, że był bardzo, ale to bardzo … zwyczajny 😉 .

Kolejny milion przespacerowanych kilometrów dał się we znaki. Wieczór spędziliśmy w mieszkaniu przy katalońskim winie, oliwkach i gotowej tortilli z supermarketu, która jak na kupną okazała się całkiem do rzeczy.

Autor

1 komentarz

  1. Jestem „powalona” widokami, a szczególnie uwiodły mnie zdjęcia z Sagrady Familii. Widziałam już wcześniej zdjęcia Ani i teraz ponownie jestem pod wrażeniem projektów Gaudiego.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.