Od naszego pierwszego dnia w Singapurze nie wymagaliśmy zbyt dużo. Jet lag i ilość godzin z dala od łóżka (nie bez problemów wyliczona na potrzeby poprzedniego postu) dawała się we znaki. Po przybyciu do hotelu pozwoliliśmy sobie jedynie na godzinną drzemkę i obowiązkowy prysznic, po czym poszliśmy zaspokoić potrzebę, która w tamtej chwili mocno konkurowała ze zmęczeniem: głód.

Singapur - Maxwell Food CenterMaxwell Food Center w Chinatown to miejsce, które pojawia się w internecie, gdy tylko jest mowa o jedzeniu w Singapurze. Skupisko budek reprezentujących wszelakie rodzaje kuchni azjatyckich jest tak popularne, że nawet w chwili obecnej, gdy jest mocno zasłonięte przez budowę kolejnej linii metra, wszędzie w okół można zobaczyć strzałki prowadzące w to miejsce. Stołuje się tam cały przekrój społeczeństwa. I tak jak nie dziwi widok turysty z plecakiem, tudzież jakiegoś mniej zamożnego „lokalsa”, tak oryginalny obrazek stanowią dopiero panowie w garniturach i panie w garsonkach, którzy wyskoczyli ze swoich lśniących biur na lunch i wybrali miejsce, gdzie polski urzędnik sanepidu zszedłby na zawał. Postanowiliśmy więc przetestować ten przybytek na własnej skórze. Nie bez znaczenia był również fakt, że jak na Singapur – najdroższe państwo na świecie – jest tam po prostu tanio.

Singapur - Maxwell Food CenterWspominałam już o tym wcześniej, w tematyce kuchni azjatyckiej jesteśmy totalnymi ignorantami. Z początku czuliśmy się więc delikatnie zagubieni, ale postanowiliśmy podejść do sprawy metodyczne i wybrać budkę z menu w formie zdjęć 🙂 Na początek opcja bezpieczna – kurczak z ryżem. Mój w sosie słodko kwaśnym, Michała smażony. Do tego po filiżance czegoś przypominającego bulion. Wrażenia? OK, ale tylko OK. Dobre, ciepłe, sycące. Bulion był natomiast zaskakująco dobry i dobrze robił na brzuszek a z początku nie wyglądał 🙂 Dla Michała taka dawka kalorii okazała się jedynie preludium, dlatego w następnej kolejności wybrał inną budkę i tam zamówi baraninę w pikantnym sosie, do tego frytki (na zdjęciu było coś innego) i sadzone jajko. Niestety tym razem również bez szału. Ja miałam za to swój moment, gdy zamówiłam olbrzymiego kokosa do picia. Czad! Uwielbiam wodę kokosową i zawsze chciałam spróbować takiej prosto z owocu a nie z puszki. Zostałam jedynie pokonana przez ilość płynu przekraczającą całe moje dzienne zapotrzebowanie na wodę (czyli ok 500 ml) 🙂

Singapur - Buddha Tooth RelicWracając w kierunku metra, weszliśmy do świątyni-muzeum Buddha Tooth Relic, gdzie przechowywana jest relikwia w postaci zęba Buddy. Cały budynek pochodzi z 2007 roku i ma 4 piętra. Na pierwszych dwóch jest buddyjska świątynia, na kolejnych Muzeum Kultury Buddyjskiej, na dachu zaaranżowano ogród. Całość można zwiedzać za darmo, trzeba tylko przestrzegać kilku zasad. Kobiety muszą zakrywać nogi i ramiona (specjalne chusty są do wypożyczenia przy wejściu), nie wszędzie można robić zdjęcia a do sali medytacji wchodzi się na boska. Nigdy wcześniej nie byliśmy w świątyni buddyjskiej, ale ta wywarła na nas duże wrażenie.

Autor

6 komentarzy

  1. Podziwiam Waszą wolę zwiedzania, która przezwyciężyła zmęczenie. Dzięki Wam jestem tak daleko od domu – i jednocześnie tak blisko…

  2. …Wreszcie ciekawa lektura przy porannej kawie (i przed snem). Czekam na kulinarne wow …

  3. Nie lubię wody kokosowej, piłam jedną i była okropna :(. Skoro ja nauczyłam Cię jeść chłodnik 🙂 to może Tobie uda się, przekonać mnie do wody kokosowej 😀 Może po prostu wybrałam najgorszą jaką można było wybrać (nie pamiętam nawet co to było).

  4. O tym razem inne kolory, azjatyckie . To zaczynam zwiedzanie razem z wami. Jak zawsze macie przy okazji przedłużone lato, Misiu koszulka na ramiączkach u nas mogłaby tylko leżeć w szafie. Pozdrawiam gorąco z serducha , bo na dworze coś zimno.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.