„Monika to moje ulubione imię. Wszystkie córki moich sióstr mają na imię Monika. Nigdy nie zapomnę, że miałam taką pasażerkę”  – starsza hinduska bileterka obdarowuje mnie najszczerszym uśmiechem pokazując wszystkie braki w uzębieniu. Nasz kolejny super VIPowski autobus już na nas czeka. Niewiarygodne, bo jest 20 minut przed czasem. Jasne wnętrze w odcieniach beżu, skórzane fotele, nówka sztuka. Z uśmiechem wspominamy poprzedni, w którym zielonym pstrokatym welurem obito nie tylko fotele, ale też podłogę i sufit, robiąc w środku małą dżunglę.

Tym razem ustawiam się już po dobrej stronie autobusu. Generalnie ogarniam w teorii, że ruch lewostronny to taki, gdzie wszystko jest na odwrót, ale w praktyce przyzwyczajenie bierze górę. Przechodząc przez ulicę patrzę się zawsze najpierw nie w tą stronę co trzeba, na schodach ruchomych odruchowo staję po prawej stronie. Prawą stroną również chcę wymijać się z przechodniami na ulicy (gorzej, że oni odruchowo robią to z lewej no i mamy czołówkę). Cały czas zadziwiają mnie te wszystkie samochody jeżdżące „bez kierowcy” a gdy pierwszym razem jechaliśmy tu autobusem z Singapuru do Kuala Lumpur, przez dłuższą chwilę wymieniałam z kierowcą spojrzenia zastanawiając się dlaczego on tak stoi w drzwiach zamiast otworzyć je i luk bagażowy. Oczywiście kierowca nie stał a siedział zwyczajnie na swoim miejscu a zarówno drzwi jak i luk były otwarte z drugiej strony Koleś pewnie zastanawiał się czemu nie spieszę się z wchodzeniem skoro i tak przybył spóźniony. W końcu przywołał nas ręką wołając „KL? No to wchodźcie!”.

Penang - Georgetown - Apollo Inn - tarasOpuszczamy chłodniejsze wyżyny i przenosimy się na wyspę Penang. Możemy wybrać czy jechać autobusem do końca trasy (wyspa połączona jest z lądem dwoma mostami) czy też wysiąść w porcie i odległość ląd – wyspa pokonać promem na własną rękę. Za radą jednego ze współpasażerów wybieramy tą drugą opcję. W ten sposób lądujemy prosto w Georgetown a tam właśnie mamy nocleg. Nasz budżetowy pokój bez okien jest mikroskopijny. Nie ma gdzie rozpakować plecaków, czy odłożyć rzeczy. Wszystko wala się wszędzie potęgując jeszcze to klaustrofobiczne wrażenie. Najważniejsze jednak, że jest bardzo czysto, łóżka wyglądają na wygodne a łazienki nie trzeba z nikim dzielić. Pozytywnie zaskakują też europejskie gniazdka, taras na dachu i informacja o darmowym śniadaniu.

Penang - Georgetown - United Buddy Bear - miś polskiPopołudniu idziemy przejść się nieco po okolicy i coś zjeść. Znajdujemy tani foodcourt, próbujemy też tutejszych słodkości a na nadbrzeżu oglądamy wystawę United Buddy Bears, czyli ponad 140 2 metrowych figur misiów. Każdy z nich reprezentuje jeden z krajów Narodów Zjednoczonych i został pomalowany przez artystę z danego kraju. Całość ma reprezentować życie w pokoju, propagować tolerancję i porozumienie między narodami. Wystawa powstała w 2002 roku i od tej pory rok rocznie zmienia swoje miejsce (w 2008 ponoć była nawet w Warszawie). Stwierdzamy, że z największym polotem pomalowano misie afrykańskie. Najmniej wykazało się USA przebierając po prostu swojego misia za Statuę Wolności. Polski pozytywnie nas zaskoczył. Był bardzo kolorowy a baliśmy się jakiejś biało-czerwonej oczywistości. Wieczór spędzamy na wspomnianym tarasie na dachu.

Autor

1 komentarz

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.