Nasze azjatyckie wakacje do tej pory przebiegały dość intensywnie. Singapur, Kuala Lumpur, wycieczka do Malaki, Cameron Highlands, Penang – wszędzie staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej i nawet tzw. leniwe dni nie były tak do końca leniwe. Wychodziliśmy zaraz po śniadaniu, wracaliśmy popołudniu lub wieczorem. Jednocześnie szukaliśmy zakwaterowania w kolejnych lokalizacjach, rezerwowaliśmy bilety i oczywiście staraliśmy się być na bieżąco z blogiem. I choć to całe wyciskanie wakacji jak cytrynę jest fantastyczne i do końca życia będziemy mieli co wspominać, to nie chcemy wracać do kraju, co by nie mówić, zmęczeni. Postanowiliśmy więc, że jak w końcu dotrzemy na Langkawi, ostatnie dni naszego urlopu spędzimy już na takim prawdziwym chilloucie.

Langkawi - Frangipani Langkawi resort & spa - restauracja i basenWiedzieliśmy, że kluczem do realizacji naszego planu będzie idealne lokum. Koniecznie z odkrytym basenem, w którym Michał mógłby się moczyć tak długo jak zechce, ale z drugiej strony blisko plaży by nie musieć robić całej eskapady jeśli zechce nam się poleżeć na piachu (zwłaszcza, że na Langkawi jedynym rodzajem „publicznego transportu” są taksówki). Ponadto, musi być na tyle przyjemnie by, jeśli prognozy się sprawdzą i będzie padać przez większość czasu, fajnie będzie po prostu posiedzieć sobie w środku. Gdy na booking.com znaleźliśmy domki ośrodka Frangipani Langkawi Resort & Spa wiedzieliśmy, że to jest to. Co prawda cena była „delikatnie” mówiąc wyższa niż przewidywany budżet, ale pozwoliłam sobie ten jeden raz odłożyć swoje excele i księgowość na bok i pójść za głosem męża 😀 No i jest genialnie!

Langkawi - Frangipani Langkawi resort & spa - nasz domekMamy swój własny domek, który nie tylko ma duże okna, ale też po rozłożeniu wszystkich naszych rzeczy wciąż jest gdzie się w nim poruszać. Mamy też prysznic, ale nie taki zwyczajny, albo oryginalny jak ostatnio w postaci samej słuchawki podłączonej do termy i jednego kurka. Nasz prysznic tutaj jest na zewnątrz! Z łazienki przeszklonymi drzwiami wychodzi się do takiej murowanej przybudówki gdzie pod zadaszeniem jest prysznic a obok rosną sobie roślinki. Do plaży mamy 40 metrów 😀 a do basenu (gdzie codziennie dostajemy świeże ręczniki kąpielowe) jakieś dwa razy tyle. Jak przystało na „raining season” ludzi jest niewiele i praktycznie większość z nich widzimy tylko na śniadaniu. Nie ma walki o leżaki czy miejsce w jaccuzi (czy wspomniałam o jaccuzi? 😀 ). Jedyne do czego można się przyczepić to kiepskie WiFi dostępne tylko w lobby i restauracji przy basenie. No cóż, zacisnę zęby i pokonam te niedogodności, codziennie rano „targając” ze sobą laptopa na opalanie by wrzucić wpis 😀

Dzisiejszy dzień spędzliśmy więc najbardziej leniwie jak się dało. Na zmianę leżaki, basen, jaccuzi i morze, które było dziś dość wzburzone i wyrzucało na brzeg nieskończone ilości ślicznych muszli. Gdy popołudniu zaczęło standardowo padać, oglądaliśmy filmy na HBO w naszym uroczym domku a potem pod olbrzymim parasolem, który jest na wyposażeniu, pomaszerowaliśmy do hinudskiej restauracji po sąsiedzku na niezlą wyżerę. Intensywny czas, który mieliśmy do tej pory sprawił, że nawet Michałowi podobał się taki rozkład dnia 😀

Autor

3 komentarze

  1. Cudne miejsce na wypoczynek. Poproszę o trochę tak fantastycznych muszelek.

  2. Moc wrażeń, bagaż zdarzeń, malezyjskie deszcze i emocji dreszcze….
    ale ……. (dalej to już Jeremi Przybora)
    Nie ma nic bez ryzyka.
    Tylko widz, tylko widz go unika.
    A kto chce być wewnątrz zdarzeń –
    musi żyć wciąż z bagażem.
    Musi mieć walizeczkę i koc,
    i latarenkę na noc…..
    No i jak
    tu nie jechać?
    kiedy tak
    nowy szlak
    nas urzeka … Pozdrawiamy

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.