W tym roku majówki potrzebowaliśmy jak tlenu. Niestety zdaliśmy sobie z tego sprawę gdzieś w połowie kwietnia, co w przypadku najdłuższego weekendu w roku mocno ogranicza liczbę sensownych opcji. W chwili gdy praktycznie pogodziliśmy się już z pozostaniem w domu, moja przyjaciółka Aga podesłała mi link do Osady Śnieżki w Karkonoszach i zaproponowała wspólny wyjazd. Wprawdzie pogodę zapowiadali iście polską, istniało więc duże prawdopodobieństwo spędzenia tych 4 dni w ukryciu przed deszczem na co może niekoniecznie chce się wydawać pieniądze, no ale potrzeba relaksu i zmiany otoczenia była w nas tak wielka, że nie zastanawialiśmy się długo. Plan na majówkę 2017 przedstawiał się więc następująco: Osada Śnieżka w Łomnicy pod Jelenią Górą, 4 noce, apartament z dwoma sypialniami, wino, planszówki i … kolorowanki z naklejkami. Ta ostatnia pozycja to oczywiście nie dla nas a dla najmniejszego gabarytowo uczestnika wycieczki, córki naszych przyjaciół, Alicji lat 3.

Restauracja Tabakiera – crème brûlée

Przez pierwsze trzy dni mieliśmy 30 stopni! Po 10 każdego dnia. Wybaczcie, ale po prostu musiałam wpleść tu ten suchar, bo niestety dokładnie opisuje on naszą majówkową pogodę:) Nawet jeśli nie padało w danej chwili to dlatego, że właśnie przestało lub zanosiło się na deszcz. No cóż, trzeba było sobie jakoś radzić. W pewnym stopniu z pomocą przychodziła nam sama Osada Śnieżka, która okazała się kompleksem dość bogato uzbrojonym w atrakcje. Wieczory spędzaliśmy w naszym apartamencie rozmiarów co najmniej wygodnego mieszkania a do tego z kominkiem! Czasem zamawialiśmy pizzę, czasem szliśmy do „osadowej” restauracji Tabakiera, która już pierwszego wieczoru skradła nasze kubki smakowe nie rujnując przy tym portfeli.

Restauracja Tabakiera – drink

Za dnia królował basen. Niestety ten tylko na zdjęciach był duży. Dziękowaliśmy wtedy losowi, że nie załapaliśmy się na główny majówkowy termin. Nie chcę wiedzieć do jakich dantejskich scen może tam dochodzić przy pełnym obłożeniu gośćmi. Podejrzewam tylko, że walka parawanów nad Bałtykiem to przy tym mały pikuś. Razem z Agą nie omieszkałyśmy też przetestować SPA. Zamówiłyśmy sobie po zabiegu na ciało w wersji „dla dwojga” przyprawiając tym samym o rumieniec i zakłopotanie pana w recepcji. Zupełnie nie wiemy cóż go tak onieśmieliło, wszak chodziło o to by móc sobie spokojnie poplotkować gdy już będziemy leżeć z maseczką na ciało zawinięte w folię jak naleśniki. 90 minut w SPA było absolutnie warte każdej złotówki i generalnie planujemy z Agą adoptować obydwie, masujące nas tego dnia, panie 😀

Jednego dnia nasz niewielki śnieżkowy basen zamieniliśmy na kompleks z prawdziwego zdarzenia. Pojechaliśmy do pobliskich Term Cieplickich. Prócz basenów dla dzieci i tych typowo rekreacyjnych oferujących bicze wodne, jacuzzi i inne formy masażu było tam też kilka torów sportowych do „normalnego” pływania, co bardzo ucieszyło nas z Michałem. Nazwa termy oczywiście zobowiązuje, wśród atrakcji były też dwa baseny termalne, które wychodziły na zewnątrz. Ciekawa sprawa tak kąpać się na dworze gdy temperatura ledwo co osiąga 10 stopni. Mniemam, że zimą frajda jest jeszcze większa. Z Agą zanurzone byłyśmy po uszy, naszym panom jednak nie straszna była różnica temperatur. Gdy tylko zobaczyli zewnętrzne zjeżdżalnie, każdemu do głosu doszło jego wewnętrzne dziecko i pognali w te pędy nie zważając na to, iż w kolejce będzie im co najmniej zimno. Ponoć nie było. Jedynie dwa dni po tej frajdzie Michała, nie wiedzieć czemu, zaczęło boleć gardło …

Podróże z 3 latkiem rządzą się swoimi prawami i pozwalają dotrzeć do miejsc, których raczej byśmy nie odwiedzili będąc tylko we dwójkę. Do takich z pewnością należał Dinopark w Szklarskiej Porębie. W pochmurny mokry majowy dzień miejsce to wyglądało jak rodem z dreszczowca. Prócz obsługi na kasie, nas i jeszcze jednej czy dwóch rodzin, nie było tam żywej duszy. Znaczna część atrakcji była nieczynna. Położenie w lesie i rekonstrukcje naturalnej wielkości dinozaurów potęgowały jeszcze to wrażenie. Podejrzewamy jednak, że w sezonie letnim, przy ładnej pogodzie, miejsce to tętni życiem. Dzieciaki mają się tam gdzie wybiegać i w co się bawić. Jest park linowy, indiańska wioska i place zabaw, można bawić się w poszukiwaczy złota czy skakać na dmuchawcach. Dla nas była to sposobność by na chwilę wyrwać się z zadaszonych pomieszczeń i pospacerować.

W sobotę czekała nas wszystkich pogodowa nagroda, ale o tym już w następnym wpisie.

Autor

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.