Wrócili! Za nami powrotna podróż i po raz kolejny rozpiera nas duma z naszego małego podróżnika, który dzielnie zniósł 7 godzin jakie upłynęły od zatrzaśnięcia drzwi mieszkania w Barcelonie do otworzenia tych naszych w Warszawie. Zachodzimy tylko w głowę, co jest nie tak z tymi spacerami po dworze, bo te po lotniskach wychodzą nam rewelacyjnie!

Barcelona – w drodze na lotnisko – Małgosia podróżuje

Jak już pisałam w poprzednim poście, tym razem zdecydowaliśmy się na zorganizowany transport z miasta na lotnisko. Co innego przemierzać Barcelonę metrem gdy na końcu czeka już tylko „dom” i odpoczynek a co innego gdy to dopiero początek całej podróży a przed nami 3 godzinny lot. Wiedzieliśmy, że firma wynajmująca nam mieszkanie może załatwić dowóz na lotnisko, postanowiliśmy więc skorzystać z ich usług o ile są w stanie załatwić odpowiedni dla Małgosi fotelik samochodowy. W praktyce okazało się, że nasz noclegodawca pośredniczy po prostu w wynajmie taksówki. Kierowca czekał na nas o ustalonej godzinie – plus za punktualność. Fotelik dziecięcy owszem był … ale niestety taki dla nieco starszych dzieci, nie mówiąc już o tym, że był zamontowany przodem do kierunku jazdy. By uniknąć takiej sytuacji nie zdecydowaliśmy się na taksówkę tydzień wcześniej. Tym razem było już za późno na zmianę. Samochodem na lotnisko jedzie się 30 min lub mniej (w zależności od korków). Metrem – ze trzy razy tyle. Główna zainteresowana w milczeniu przejechała całą trasę. Najpierw patrzyła sobie przez okno na zmieniający się krajobraz a następnie … przycięła komara 😀 Tylko raz wydała odgłos burmuszu gdy stanęliśmy w korku w tunelu – wiadomo „film” jej się zatrzymał. Było też jedno małe zdenerwowanie gdy silne słońce padało dokładnie jej w oczy podczas gdy starała się chwilę podrzemać. Poza tym – ideolo!

Barcelona – lotnisko El Prat – małe co nieco w Starbucksie

Na lotnisku duch małego podróżnika Małgosi nie opuszczał. Co prawda nieco denerwowała się w kolejce do odprawy, ale w sumie kto z nas lubi stać w kolejce 😉 Słowa uznania należą się lotnisku El Prat za oddzielną kontrolę bezpieczeństwa dla rodzin z dziećmi. Co prawda można by to miejsce jeszcze nieco dopracować (np. wprowadzić ruchome taśmy na całej długości trasy do prześwietlenia bagażu zamiast oddzielnych stołów, między którymi trzeba co raz przenosić „kuwety” z rzeczami osobistymi, co z dzieckiem na ręku potrafi być trudne lub nawet niemożliwe), ale i tak wielki plus, że już na wstępie omija się gigantyczną kolejkę podróżnych. Na warszawskim Okęciu niby jest podobnie – rodziny z dziećmi do kontroli bezpieczeństwa idą tzw. „fast trackiem” – ale potem do konkretnego stanowiska kolejka jest już wymieszana :/ Małgosia wsadzona w wózek i nawet przypięta pasami była generalnie bardzo zadowolona. To jest sytuacja dla nas wciąż kompletnie nieznana 😀 Podejrzewamy, że może na dworze przeszkadzają jej te wszystkie czapki, kurtki i inne przykrycia ograniczające swobodę ruchów, zbyt ostre słońce, wiatr lub też inne zjawiska, których brak na lotnisku. Na luzie przemierzaliśmy kolejne metry w poszukiwaniu Starbucksa a w samej kawiarni nawet nie musieliśmy jej z z tego wózka wyjmować! Rodzice zjedli po kanapce i ciastku, Małgosia „marchewczkę z ziemniaczkiem i kalarepką” ze słoiczka podgrzanego we wrzątku, następnie szybka zmiana pieluchy i pojechaliśmy szukać odpowiedniej bramki. Odnośnie samego „Starbunia” to w ogóle jest zabawna historia, bo generalnie nie jesteśmy w ogóle wyznawcami tej sieci i w Warszawie pozostajemy lojalni Green Cafe Nero, ale odkąd w Malezji było to jedyne miejsce, gdzie można było dostać względnie dobrą kawę (albo po prostu kawę w ogóle), często odwiedzamy Starbucksy podczas naszych podróży.

lot Barcelona -> Warszawa – mały podróżnik na „dorosłym” fotelu

Gdy zobaczyliśmy wielką kolejkę oczekujących na lot do Warszawy (podczas gdy samolot dopiero kołował po płycie), stwierdziliśmy, że nie ma co stać w miejscu i narażać się na gniew Gwiazdy 😀 i że pewnie jeszcze trochę czasu minie zanim rozpocznie się boarding. Zaczęliśmy jeździć po hali odlotów, Małgosia nie protestowała a wręcz … odleciała. W tamtą stronę przetrzymaliśmy ją żeby zasnęła nam podczas lotu. Wyszło średnio. Z jednej strony faktycznie zasnęła, ale poprzedzone to było małą histerią no i finalnie tego snu nie zaznała dużo. Teraz opóźniony boarding i nasza decyzja by wejść na pokład samolotu jako ostatni dało jej jakieś 40 min porządnej drzemki, po której dobry humor nie opuszczał jej przez większość lotu. Była przeurocza na kolanach u taty, rozkoszna na rękach u mamy, bawiła się zabawkami (i standardowo już torebką na wymioty 😀 ). Mieliśmy to szczęście, że tym razem nikt nie siedział obok nas, Małgosia mogła więc chwilę posiedzieć sobie sama. Było mleko na przekąskę i kontrolna wizyta na mikroskopijnym przewijaku w toalecie a gdy w pewnym momencie zmęczenie wzięło górę, całkiem spokojnie zasnęła na rękach u mamy „spacerującej” po przejściu. Niestety po zaledwie 20 minutach drzemki obudził ją komunikat o rozpoczętym podchodzeniu do lądowania i obowiązku zapięcia pasów. Nie była zadowolona, ale trudno jej się dziwić. Ostatnie minuty bardzo jej się dłużyły, ale wytrwaliśmy do końca i wiecie co? jak w samolocie pełnym ludzi zaczyna Ci krzyczeć niemowlę, to nagle nikomu się już tak mocno nie spieszy do wyjścia i puszczają Cię przodem 😀

W Warszawie przywitała nas zima! Suprise suprise! Trzeba było włożyć ciepłą kurtkę, przykryć się kocem i dodatkowym okryciem na nogi, wyjść na mróz i jechać w godzinach szczytu autobusem do domu. Brawa dla Michała, który przez 30 minut, jak nie więcej, odstawiał teatrzyk misiem koalą byle tylko Małgosia nie dawała upustu swojemu zniecierpliwieniu 😀 Daliśmy radę! Na prawdziwym sygnale pokonywaliśmy już tylko ostatnie metry zaśnieżonego chodnika pod blokiem. Brawo dla naszego zucha, podróżnika pełną gębą!

Autor

1 komentarz

  1. Nie mogło być inaczej! Jacy rodzice takie dziecko . Miłość do podróży zaszczepiona i odziedziczona w genach.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.