Dotarliśmy! To była zdecydowanie nasza najtrudniejsza podróż. Kumulacja plag egipskich w podróży z roczniakiem nałożona na ogólne zmęczenie, które zafundowały nam ostatnie dni przed odlotem. W rezultacie mieliśmy lot tak ciężki, że Michał boi się wracać. Już kombinuje jak tu sprowadzić z Warszawy swój komputer, by móc pracować zdalnie z Tajlandii do czasu aż Małgosia podrośnie.

Tegoroczne długo wyczekane wakacje zaczęły się rzeczywiście mało pozytywnie. W dniu wylotu Małgosia była cały dzień „nieswoja”. Marudna, niedospana, z katarem i do tego chyba z kolejnym ząbkowaniem życia, które utrudnia jej jedzenie. Jeśli do takiego wtorku dodać zwieńczenie dnia w postaci dwóch nocnych lotów, gdzie nie można wyciągnąć się i spać w wybranej przez siebie pozycji, no to mamy najlepszy przepis na masakrę, przemęczone do granic możliwości dziecko i dużą ilość łez. Analogiczny lot powrotny, który czeka nas za trzy tygodnie odpowie nam na pytanie czy mieliśmy po prostu pecha życia, czy też może Małgosia nie należy jeszcze do grona dzieci, które bez większych problemów znoszą tak długie loty. Jedyny plus tej całej sytuacji jest taki, że po przylocie wszyscy musieliśmy odespać trudy podróży, więc praktycznie od razu wstrzeliliśmy się w tajski czas i funkcjonujemy praktycznie bez jet lagu.

Bangkok – dzielnica Bang Rak – nasza ekipa

Po nocy w olbrzymim wygodnym łóżku, w którym Małgosia może spać w poprzek a dla nas wciąż jest masa miejsca po bokach (tu podziękowania dla Novotel Bangkok Silom Road za łóżeczko dziecięce, które zaznaczyłam w jakimś milionie formularzy dołączonych do procesu rejestracji a wraz go nie dostaliśmy), wynurzyliśmy się z hotelu by zobaczyć co nieco Bangkoku. Co więcej, w tym roku w naszej wakacyjnej podróży mamy towarzystwo. Już na miejscu połączyliśmy siły z przyjacielem Michała – Grzegorzem – jego żoną Sylwią i 3 letnią córeczką Mają.

Nasz pierwszy tajski dzień rozpoczęliśmy od wizyty w sklepie sieci 7/11, która zostanie naszym pierwszym tajskim przyjacielem jako główny dostawca pieluch i produktów około-dziecięcych a także jako bardzo popularny, czynny całą dobę „spożywczak”. Następnie spotkaliśmy się z „Grzegorzami” w restauracji Baan Phadthai serwującej ponoć jednego z najlepszych pad thaiów w całym Bangkoku (a przynajmniej wg. twórców bloga Tasteaway) i resztę dnia spędziliśmy już razem. Dla niewtajemniczonych, pad thai to flagowe tajskie danie typu stir-fry, którego głównym składnikiem jest makaron ryżowy z jajkiem i tofu wybełtany z sosem na bazie pasty z tamaryndowca, sosu rybnego, czosnku, szalotek i zapewne innych specyfików. Podawany jest w wersji wege z warzywami lub też w takiej o nieco większej zawartości białka – z krewetkami bądź mięsem. Mój europejski włosko-śródziemnomorsko-grecko-bałkański brzusio daje temu daniu okejkę, ale zachwyt w Azji tradycyjnie pozostawiam tylko dla owoców 😄

Bangkok – rejs longboatem

Pierwszy pad thai zaliczony, przyszedł więc czas na jakąś atrakcję turystyczną. Jako, że znajdowaliśmy się tuż przy rzece, wybraliśmy rejs longboatem. Godzinny rejs po Menamie i odchodzących od niego kanałach kosztował nas stówkę od rodziny a cała łódka należała do nas! Dobry deal! Całą atrakcję polecamy z czystym sumieniem. Z początku nie wiedzieliśmy, na co się nastawiać, ot przez godzinę będziemy pływać po rzece, byle tylko Małgosia nie chciała wysiadać po 10 minutach. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się, że z Małgosi to prawdziwy lew morski rzeczny i im szybciej i większy wiatr we włosach, tym lepiej a do tego jak skręciliśmy w boczną „wodną uliczkę” cały rejs nabrał lokalnego kolorytu. Brzydota i biedota wymieszana z bogatszymi hacjendami. To jakaś szkoła i pozdrowienia od uśmiechniętych dzieci w mundurkach, to „przypadkiem” przepływająca Tajka ze straganem pamiątek „wysokiej klasy”, to pluskające się utuczone karpie, to zawartość czyjegoś kosza na śmieci przepływająca tuż obok. Godzinka zleciała szybciutko i okazała się czasem w sam raz na zajęcie roczniaka.

Na lądzie za cel obraliśmy Chinatown i ruszyliśmy tam spacerem. Maję i Małgosię zmogło praktycznie na trzy cztery i obydwie ucięły sobie po godzinnej drzemce w wózku. Najdziwniejsze było w tym wszystkim to, że zdołały usnąć w niesamowitym hałasie generowanym przez pojazdy wszelkiej maści jak i samych Tajów a obudziły się również razem gdy … zjechaliśmy gdzieś na bok żeby przez moment było nieco ciszej 🙂

Bangkok – nasz pierwszy tuk tuk

Zaczynało się ściemniać, w Chinatown powoli ruszały więc przygotowania do nocnego marketu. Z początku myśleliśmy, że usiądziemy gdzieś wspólnie i zaplanujemy resztę naszych wakacji, ale Małgosia była już dość zmęczona, postanowiliśmy więc wrócić do hotelu. Jak na pierwszy dzień i tak trzymała się dzielnie! Postanowiliśmy przy okazji odhaczyć kolejny punkt z listy „koniecznie zrobić w Bangkoku” i wzięliśmy tuk tuka 😀 Małgosia po raz drugi tego dnia stwierdziła, że tak trzeba żyć i całość trasy spędziła praktycznie na stojąco tuż za panem kierowcą trzymając się kurczowo barierki i „poganiając” go gdy tylko zatrzymywał się na światłach lub stawał w korku. W moment odeszło z niej całe zmęczenie i wiedzieliśmy już, że 19-ta to bynajmniej nie jest pora na wyciszanie przed snem, ale z powodzeniem uda nam się zmieścić jeszcze kawałeczek „nocnego życia”. Byliśmy już pod hotelem, postanowiliśmy pójść gdzieś w najbliższej okolicy. Padło na kawę z sieci, która paradoksalnie od czasów Malezji kojarzy nam się bardzo azjatycko – Starbucks. Chodzimy tam tylko i wyłącznie gdy jesteśmy w podróży. Ot taka nasza dziwna tradycja. Siedzieliśmy więc sobie w tym tajskim klimatyzowanym „starbuniu”, na dworze wciąż było pewnie z jakieś 25 stopni o ile nie więcej a z głośników leciały … świąteczne przeboje 😀 Kosmos!

Autor

1 komentarz

  1. Niesamowity koloryt i masę sprzeczności ma to miasto, na pewno atrakcja turystyczna. Jednak dla babci widok uśmiechu Małgosi bezcenny.

Napisz komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.