Bangkok się kocha bądź nienawidzi – przeczytałam w Internecie przed naszą podróżą. 3 dni to zbyt mało by opowiedzieć się za którąkolwiek ze skrajności, ale wystarczająco by stwierdzić, że między miłością a nienawiścią jest cała paleta uczuć, do której nam zdecydowanie najbliżej.

Bangkok jest głośny, gorący, zatłoczony, brudny i śmierdzący.

Bangkok – dzielnica Phra Nakhon

Silniki i klaksony samochodów, tuk tuków i rozpadających się autobusów stojących w korkach, na przemian z bzykiem lawirujących między nimi skuterów. Nie ważne, że zielone dla pieszych, trzeba uważać by żaden z tych zdeterminowanych jednośladów nie przejechał Ci po stopie. Nie ważne, że idziesz z wózkiem. Przecież możesz nim śmiało manewrować między wszystkim co stanęło jak paniska na pasach. Potem jeszcze mały podrzut wózka by pokonać niebotycznie wysoki krawężnik i jesteśmy po drugiej stronie. Potem czeka nas slalom między tym wszystkim co sprawia, że taki chodnik jest nieprzejezdny dla wózka. Części z warsztatu napraw, asortyment sklepów i kramów, stoliki z jadłodajni, garkuchnia buchające żarem i dymem, zniewalające (lub porażające) zapachem. Wszędzie są też ludzie. Jedno ich morze płynie sobie zawsze w okolicach Wielkiego Pałacu Królewskiego a nieco mniejsze podgląda Leżącego Buddę. Kolejne fale rozlewają się wieczorem po Chinatown i pod najbardziej chwytliwymi adresami tym razem z tej kulinarnej mapy miasta. Jeśli do tego wszystkiego jesteś turystą, obecność ludzi odczuwasz dwukrotnie. Każdy chce Cię zaraz gdzieś podwieźć, zaprowadzić, coś Ci sprzedać. Jeśli do tego jesteś turystą ze słodką blond Małgosią… o panie. Nieproszona sesja foto, krótki film, dotknięcie, pomachanie lub chociaż słowna zaczepka są na porządku już nawet nie dziennym co godzinowym.

Bangkok jest niesamowity, fascynujący i smaczny a potrafi być również cichy lub spokojny.

Bangkok – Wat Pho

Trzeba oczywiście wiedzieć gdzie szukać a czasem właśnie nie wiedzieć i pozwolić nieco się zgubić (oczywiście w kontrolowany sposób 😛 ). Wielki Pałac był dla nas rozczarowaniem. Być może nie do końca „umieliśmy wtedy w zwiedzanie” i pewnie nie chciało nam się stać w każdej kolejce i mieszać z wózkiem w każdy tłum, ale po wszystkim mieliśmy poczucie niedosytu. Bez Małgosi pewnie wzięłabym zielony przewodnik za fraki i wycisnęła z tego pałacu ile wlezie, no ale moja bieżąca rzeczywistość to dostarczanie AM/lalki/wody/książeczki/naklejek, łapanie zdejmowanego kapelusza, usadzanie w wózku, branie na ręce, gonienie uciekiniera, trzymanie za rękę przy pokonywaniu schodów i progów (wszystkich bez wyjątku i to jeszcze po stokroć), zgadywanie czego nie ma, odpowiadanie gdzie jest tata (tata robi zdjęcia, zaraz przyjdzie) no i generalnie poruszanie się TAM! Tak więc może jeszcze kiedyś … 😃 Nieustający focus na Małgosię nie przeszkodził mi jednak w zachwycie nad słynnym Leżącym Buddą a właściwie nad otoczeniem świątyni, w której się znajduje. Wat Pho to najstarszy zespół świątynny w Tajlandii. W jego skład wchodzi m.in. klasztor, szkoła tradycyjnej medycyny i masażu a także wysoki na 15 metrów wihan (miejsce zgromadzeń), który wypełnia długi na 46 metrów posąg Buddy na łożu śmierci. Figura wykonana jest z cegły i gipsu a pokrywają ją płatki złota. Klimat tego miejsca jest niesamowity a gdy zapadał zmrok i wszystko zamigotało światłami zrobiło się już wyjątkowo magicznie.

Bangkok – Wat Saket (Złota Góra)

Kolejnym momentem zaskakującego spokoju był wieczorny spacer na Wat Saket (Złotą Górę). Byliśmy akurat w okolicy, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że nie ma co tam iść, bo jest późno i na bank zamknięte. Postanowiliśmy jednak obejść „górę” (a tak w zasadzie sztucznie usypane wzniesienie) w okół by chociaż sfotografować znajdujący się na wierzchołku złoty chedi (typ świątynnej wieży). Ku naszemu zdziwieniu zastaliśmy otwartą bramę, pięknie oświetlone wzgórze a z głośników umieszczonych przy schodach prowadzących na szczyt wydobywały się nucone przez mnichów modły. Nikt nie chciał biletów, strażnik na dole utrzymywał, że obiekt jest zamknięty, ale że można sobie wejść na górę popodziwiać panoramę miasta. Tak tez uczyniliśmy, ale świątynia na górze, poza jej górnym piętrem, również była otwarta 😉 Ludzi niewiele, cisza, spokój, nastrojowe światło. Potem jeszcze siedzieliśmy sobie na dole planując kolejne dni naszej wyprawy aż definitywnie obsługa zaczęła zamykać bramy.

Bangkok – Chinatown – pączki z odznaczeniem Michelin

Odnośnie kulinariów oznajmiłam już, że azjatyckie to nie do końca moja bajka. Nie mniej, nawet taki europejski brzuszek jak mój może poczuć się w Bangkoku szczęśliwy. Świeże owoce na każdym rogu – np. dojrzałe mango i ananasy, które kocham pasjami – woda kokosowa prosto z kokosa, owocowe soki, smoothie czy mój ukochany deser mango sticky rice (klejący ugotowany ryż wymieszany z ciepłym mleczkiem kokosowym podany z kawałkami dojrzałego mango). Do tego pełen przekrój mrożonych herbat i kaw z „perełkami” z tapioki, w których się absolutnie zakochałam (o coś takiego). Na konkretnie zawsze znajdę sobie jakiś ryż z dodatkami, curry, zupę, springrollsy czy inne wynalazki z głębokiego tłuszczu. Daję radę 😀 Dla azjatyckich foodiesów z prawdziwego zdarzenia nocny market w Chinatown to jest to miejsce, gdzie będą zawsze kierować swe kroki. Co lepsze, coraz więcej rozstawianych tam ulicznych garkuchni doczekało się odznaczeń Michelin, a chętni na te specjały wytrwale czekają w długich kolejkach. My też odczekaliśmy swoje po małe pączusie maczane w kokosowym sosie. Były pyszne.

Czas pobytu: 13 – 17 listopada 2019

Autor

4 komentarze

  1. Było na co (niecierpliwie ) czekać – długi wpis i dużo zdjęć. Na taki niesamowity i fascynujący Bangkok czekałam! Dzięki Kochani

  2. Dzisiejszą kawę poranną piłam w Bangkoku – z Wami. Wielkie dzięki za tak realistyczne przeżycie i pobyt u Was. Uściski dla Waszej trójki.

  3. Wielki Pałac Królewski i Wat Pho niesamowita architektura, te kolory, złoto, ozdobniki coś niebywałego. Samo miasto? zastanawiam się jak tam na co dzień mieszkać?

    • Bangkok w całej okazałości. Zaskakuje na każdym kroku, nie zawsze pozytywnie. Do tej pory pamiętam ten specyficzny „zapach”, ale też podobnie jak Małgosia jestem wielką fanką jazdy tuk tukiem. Tajlandia kojarzy mi się z mangostanami. Wyglądają niepozornie, ale smakują cudownie.

Napisz komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.