Pomarańczowy materiał przełożony przez lewę ramię opasa całe ciało i opada luźno do połowy łydki niczym niezbyt szeroka spódnica. To zadziwiające, że prawe nagie ramię tajskiego mnicha – bo o nich mowa – nie jest obrazą dla świątyni, ale już ramię turysty w koszulce bez rękawów – wręcz przeciwnie. Wprawne oko zauważy również, iż zwoje szaty w okolicach brzucha kryją w sobie małą tajemnicę… 😀 Zrobioną z tego samego materiału torebkę na… telefon komórkowy. Widocznie bycie na czasie z technologią nie jest zabronione przez żadną z 227 zasad, których muszą przestrzegać w pełni wyświęceni mnisi. A może w kontakcie ze światem mogą pozostawać tylko Ci, którzy mnichem zostają tylko na chwilę? Wszak każdy Tajlandczyk choć raz w życiu przywdziewa szafranowa szatę.

Chiang Mai – Wat Phuak Hong

Po dynamicznym i nowoczesnym Bangkoku przyszedł czas na miejsce z innej bajki – Chiang Mai. Trzecie największe miasto w Tajlandii, otoczone górami i polami ryżowymi. „Róża Północy” z 40 świątyniami buddyjskimi w obrębie murów Starego Miasta i kolejnymi 80 na okolicznych wzgórzach (inne źródła podają, że wręcz 300, ale widocznie nikt ich tak naprawdę nie policzył 😋). Można tu snuć się w nieskończoność w poszukiwaniu wszystkich świątyń, można też kupić zorganizowaną wycieczkę i ruszyć na trekking przez dżunglę i wodospady, można wziąć udział w warsztatach kulinarnych, odwiedzić któreś z sanktuariów dla słoni i wiele wiele innych. Chcąc nie chcąc skupiliśmy się na pieszej eksploracji miasta z jedną wycieczką we własnym zakresie na pobliskie wzgórze do świątyni Wat Phrathat Doi Suthep. Odpuściliśmy sobie niesienie Małgosi na rękach przez dżunglę w porze drzemki, odpuściliśmy gotowanie (a ja na dwa dni to nawet i jedzenie jak jednego popołudnia mój żołądek zbuntował się wobec spring rollsów z przydrożnej garkuchni), odpuściliśmy też i słonie. Z początku myślałam, że są to miejsca gdzie ratuje się jakieś osierocone słoniątka i aż przebierałam nóżkami na samą myśl odwiedzin. Ale jak zobaczyłam ilość punktów sprzedających „słoniowe” wycieczki i całą tą komercję wokół tych pięknych zwierząt, to nagle przestało mi iść w parze słowo sanktuarium i niezliczone busy turystów przybyłych na nakarmienie, wspólną kąpiel i sesję zdjęciową.

Chiang Mai – Wat Chedi Luang

Absolutnie nie mam jednak poczucia, że coś ważnego nas tu ominęło. Zwiedzanie z Małgosią rządzi się oczywiście swoimi prawami, ale jak najbardziej udaje nam się do tej pory co nieco zobaczyć. Trzeba przede wszystkim zwolnić i nie mieć zbyt ambitnych planów. Ponadto, nie można się nigdzie ruszyć bez zapewnionego odpowiednio zróżnicowanego prowiantu, należy stale dostarczać nowych wrażeń (tu mile widziane wszelakie środki lokomocji na średnich dystansach generujące wiatr we włosach), często przekonywać ją dlaczego idziemy TAM a nie TAM i ze stoickim spokojem starać się znosić te napady histerii gdy jednak jej TAM było w danej chwili sprawą życia i śmierci. Nie powiem, bywa trudno, ale druga strona medalu to patrzeć jak jej się tu potrafi niesamowicie podobać. Np. wszelkie buddyjskie świątynie. Nie dość, że do pokonania jest dużo schodów, wokół pełno świecidełek, słoni, węży i innych stworów, to chodzi się tam na bosaka a w środku często jest dywan, który bieganie i tarzanie się po podłodze czyni o wiele bardziej przyjemniejszym.

Chiang Mai – Wat Phrathat Doi Suthep – prawie 400 schodków (ze stówę weszła sama)

Chiang Mai zdecydowanie kupił nas swoją odmiennością, spokojem i przepięknymi świątyniami często położonymi w równie pięknych sceneriach. Będziemy wspominać drewniany stragan z huśtawkami sprzedający owocowe koktajle, śmieszne małe banany z pestkami, które dostaliśmy w promocyjnej ilości za „uśmiech bąbelka”, butik z pamiątkami, gdzie Małgosia kupiła swojego pierwszego wakacyjnego souvenira – złoto-żółtego słonia – niezliczoną ilość pralni na każdej ulicy w tym tę naprzeciwko naszego hotelu, gdzie za całe 30 bahtów/kg (niecałe 4 PLN/kg) zrobiliśmy wakacyjne pranie życia. Będziemy pamiętać jak Małgosia dzielnie kroczyła po schodach do świątyni Wat Phrathat Doi Suthep aby jeszcze tego samego dnia uderzyć z tatą i „Grzegorzami” na Nocny Market, podczas gdy mama odzyskiwała siły po zatruciu. Osobiście tym bardziej będę pamiętać ten dzień, ponieważ następnego Małgosia wstała dopiero o 9 i tym samym dane mi było pospać tak długo po raz pierwszy od 16 miesięcy!

Czas pobytu: 17 – 21 listopada

 

 

Autor

3 komentarze

  1. Budowle świątynne zapierają dech w piersiach, nic dziwnego, że nawet Małgosi się podobają.

  2. Koronkowe ozdoby przy budowlach zadziwiają precyzją. Dobrze, że możemy to oglądać razem z Wami. Pozdrawiamy całą szóstkę z Waszej paczki – z życzeniami, by nikt więcej nie cierpiał tak, jak Ty Moniu.

  3. Kunszt, precyzja, bogactwo, kolory tych budowli -niesamowite! Pozdrowienia i uściski dla was wszystkich!

Napisz komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.