„A niechaj narodowie wżdy postronni znają, Iż Francuzi nie gęsi, iż swoje Szmaragdowe Wybrzeże mają” – Mikołaj Rej, parafrazowane ;P

Drogi czytelniku. Jeśli „Szmaragdowe Wybrzeże” kojarzysz wciąż tylko i wyłącznie z Costa Smeralda na Sardynii, to dziś jest ten dzień, gdy Twoja geograficzna elokwencja wbije na wyższy poziom 😉 W trakcie przygotowywania tego wpisu dowiedziałam się bowiem (trochę śmiesznie, że dopiero teraz a nie podczas podróży), że bretoński odcinek północnego wybrzeża Francji nad Kanałem La Manche, rozciągający się od Cap Fréhel do Cancale, to również Szmaragdowe Wybrzeże a po francusku: Côte d’Emeraude.

Nasza geograficzna niewiedza wynikała z kilku przyczyn i jedną z nich był fakt, iż ta cała Bretania to wyszła nam w te wakacje tak trochę przypadkiem 😉 Powiedzmy to sobie szczerze. We wspomniane rejony zawitaliśmy tylko i wyłącznie ze względu na jej wysokość Mont-Saint-Michel, które marzyło nam się od lat (i które właściwie leży już w granicach administracyjnych Normandii, skoro już się tak dokształcamy). Byliśmy przekonaniu, że po kilku dniach wichry i zimno przegonią nas hen na południe do Nowej Akwitanii, z której to stolicy (Bordeaux) mieliśmy przezornie zarezerwowany powrotny lot. Rzeczywistość okazała się przewrotna. Pogoda dopisywała przez cały czas (co oczywiście było łutem szczęścia, bo słoneczne i gorące lato nie jest pewnikiem w tym rejonie) a Bretania rozkochała nas w sobie absolutnie i do tego stopnia, że gdyby przyszło nam spędzić tam cały urlop, bylibyśmy tym szczerze zachwyceni.

Przez kilka dni mieszkaliśmy kilka km od Dinard, więc to właśnie tam witaliśmy się w te wakacje z oceanem. Pierwsze moczenie stóp, pierwsze babki z piasku i utwierdzenie się w przekonaniu, że jednak rodzinnie jesteśmy „team woda” a taki typowy plażowy krajobraz koniecznie musi znaleźć się w każdym naszym urlopowym menu. Woda o dziwo nie była aż tak lodowata jak w Portugalii. Niby ten sam ocean, ale jednak ciepłe i zimne prądy robią swoje i tak jak rok temu w większości przypadków z trudem wytrzymywałam w wodzie kilka minut, tak tym razem przynajmniej nie chciałam od razu z niej uciekać (cały czas mówimy oczywiście o zanurzeniu po kostki, bo do odważniejszych wybryków potrzebuję zazwyczaj temperatur bliższych zupy). Mięciutki piasek mienił się drobinkami przypominającymi brokat, które przyklejały się do stóp i wcale nie tak łatwo dawały się później otrzepać. Jedyną plażową infrastrukturę stanowiły charakterystyczne namioty w biało niebieskie pasy. Żadnych leżaków do wynajęcia i od razu też zdradzę, że do końca wyjazdu żadnego takiego leżaka nie ujrzeliśmy. Oczywiście przyznaję, że próbka naszego plażowania nie była jakaś imponująca, nie mniej jednak i tak wydaje mi się to dość niespotykane.

Dla nas Dinard to uroczy i spokojny wakacyjny kurort. Bez niepotrzebnej bazarowości, zalewu chińszczyzny i klimatu rodem z Władysławowa w sezonie. Takie wrażenie towarzyszyło nam zresztą nie tylko w Dinard, ale i w całej Bretanii. Zapewne nieco idealizuję obraz całego regionu (zwłaszcza jeśli poznaliśmy jego tylko mały wycinek). Ba, na pewno idealizuję obraz samego Dinard, w którym przebywaliśmy głównie wieczorami i głównie w celach gastronomicznych. Ale nawet Michał zauważył, że tam po prostu wszystko było takie… ładne. W dobrym guście i stylistycznie spójne. Manekiny na wystawach sklepów prezentowały odzież francuskich marek znanych ze swojego marynistycznego czy wręcz bretońskiego stylu (np. Saint-James, Armor-Lux czy Mousqueton). Biało granatowe pasy (lub po prostu paski w ogóle), żółte i musztardowe sztormiaki, ciepłe wełniane rybackie swetry z guzikami na ramieniu. Biel, beż, błękit, granat i np. czerwień w ramach kolorystycznego akcentu. Naturalne materiały jak bawełna, wełna czy len. No mogłabym spokojnie wykupić połowę takiego asortymentu, to nic, że nie mieszkam nad morzem. Jeśli chodzi o pamiątki, to co prawda dziewczyny gdzieś dojrzały identyczne torebunie jak te, które przywiozły sobie z Portugalii, ale takie sytuacje należały do rzadkości i zazwyczaj w butikach z pamiątkami oczy każdego estety miały się do czego zaświecić.

W sferze kulinariów trafialiśmy rewelacyjnie za każdym razem, zostawiam więc namiary na sprawdzone lokale:

  • Oyster Club – bar ostrygowy serwujący również tradycyjne fish & chips; próbowaliśmy trzech rodzajów ryby i każda była świetna, do tego domowe frytki i fenomenalny sos tatarski podawany w muszelce po ostrydze; wspominamy do dziś!
  • La Cour De Récré – świetne hamburgery; co prawda marzył mi się taki rasowy fish burger z jakąś białą rybą w panierce a najbliższy temu był jedynie burger z czymś w rodzaju tatara z łososia, ale np. mini burgerki dla dzieci były już dla odmiany bardzo miłą niespodzianką; na deser koniecznie czekoladowy fondant (nawet dla tych, którzy podobnie jak ja nie są jakimiś wielkimi fanami czekolady)
  • Café Canaille – miejsce, gdzie w końcu znaleźliśmy makaron z owocami morza, który za nami „chodził” od jakiegoś czasu; plus, że w menu dziecięcym zamiast tradycyjnego „kurczaczka” z frytkami znalazła się ryba i mielone mięso; było to też jedno z niewielu miejsc gdzie dania dziewczyn zostały podane jako pierwsze byśmy mogli najpierw pomóc im w krojeniu co za duże i dmuchaniu na to co za ciepłe i żeby w tym czasie nasze jedzenie nie stygło (brilliant!); polecamy miejsca na tarasie (zwłaszcza pod ścianą na ławie z poduchami)

Temat menu dziecięcych we francuskich restauracjach zasługuje moim zdaniem na słowo komentarza. Tak jak z nieukrywaną radością w większości odwiedzanych miejsc odnajdywałam w menu pozycję specjalnie dla dzieci (mniejszą niż dorosła a przez to tańszą, w komplecie z napojem i małym deserem – najczęściej gałką lodów – często z adnotacją, że danie sprzedawane jest dla gości do 10 lub 12 roku życia), tak nie rozumiem jak kraj, który szczyci się swą gastronomią mógł sprowadzić wybór dań dla dzieci do… kurczakowych „nuggetsów” z frytkami. Ta właśnie jakże francuska i wysublimowana pozycja była absolutnym pewnikiem menu dziecięcego każdej restauracji. I nie zrozumcie mnie źle. Niech ten kurczak będzie zawsze i na pierwszym miejscu (Magda pierwsza temu przyklaśnie, gdyż danie to stanowiło silną bazę jej wakacyjnej diety), ale dajcie tym dzieciom (i ich rodzicom) jakiś nieco większy wybór. Może jakiś nieprzekombinowany makaron, ryba i ziemniaki z wody, ryż z warzywami i mięsem, mały hamburger (najlepiej bez sałaty). A do picia może lemoniada? Albo coś w stylu „ice tea” (zwłaszcza, że są też wersje bez cukru). Bo wybór między wodą z syropem a niejakim diabolo będącym mieszanką gazowanego napoju i syropu również, to tak jakby żaden wybór.

Author

2 komentarze

  1. Bardzo się cieszę, że dzisiaj zajrzałam do bloga. I znowu ujrzałam Francję Waszymi oczami. To bardzo fajnie siedzieć przy komputerze i przenosić się z Irlandii do Francji. Dziękuję za tę wędrówkę w czasie i przestrzeni. Opisy jak zawsze bardzo ciekawe a zdjęcia – piękne.

  2. No głodna się zrobiłam, tak smakowicie wygląda jedzonko, a i naczynia w których podano , piękne. Jak zwykle udaje się wam trafić w urocze miejsca, które zachwycają zarówno architekturą jak i dobrą kuchnią. Tak trzymać!

Write A Comment

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.