Saint-Malo – jeden z najpopularniejszych nadmorskich kurortów Bretanii, znany z imponujących murów obronnych, historii korsarzy i spektakularnych pływów. Miejsce, gdzie podczas naszych wakacji mieliśmy poczuć nieco sportowych emocji… ale jak coś nie jest priorytetem dla najmłodszych uczestników wycieczki, to szanse powodzenia drastycznie spadają…

Tour de France – najsłynniejszy wyścig kolarski na świecie, który od 1903 roku rok rocznie (z przerwami na obydwie wojny światowe) rozgrywa się latem głównie na terenie Francji. Tegoroczna edycja rozpoczęła się 5 lipca a jej 7 etap miał swój początek właśnie w Saint-Malo i to w dniu gdy akurat byliśmy w okolicy. Jeśli zastanawiacie się czy można nie zdążyć stawić się na 13-tą mając do pokonania zaledwie kilka kilometrów, to od razu spieszę donieść, że można 😉 Ale tego dnia szczęście dopisało nam w kilku innych aspektach, że po prostu nie mogło być zbyt dobrze.

Saint-Malo i Dinard leżą na przeciw siebie po dwóch stronach ujścia rzeki Rance do Kanału La Manche. Łączy je most na zaporze hydroelektrycznej jak i sezonowe połączenia promowe. Z obawy przed zamkniętymi drogami, tłokiem i potencjalnymi problemami z zaparkowaniem postanowiliśmy tego dnia udać się do Saint-Malo właśnie takim promem. Rejs trwa 10 min, stanowi atrakcję samą w sobie a połączeń w ciągu dnia jest dużo (nawet 30 w sezonie). Warto kupić wcześniej bilet przez Internet (obowiązuje na dany dzień, bez określania godziny) a także sprawdzić dokładnie rozkład i miejsce, z którego odpływa prom, gdyż w Dinard takie pomosty są dwa i bynajmniej nie są położone obok siebie.

Dzieci mają zawsze cały czas świata a pośpiech jest dla nich pojęciem mocno abstrakcyjnym. Nasze dodatkowo są urodzonymi „sowami” (wieczorny wigor, poranny zgon) i rano lubią sobie odespać wszelkie trudy dnia poprzedniego o co oczywiście walczyłam przez całe ich niemowlęctwo i co jako „mama sowa” wielbię absolutnie. Nie mniej, w wakacje oznaczało to codzienne ściąganie wołami na śniadanie i poranne zbieranie się w trybie „slow motion”. W końcu ruszyliśmy do Dinard, planowaliśmy zostawić samochód na upatrzonym już wcześniej parkingu podziemnym i tu pierwszy raz tego dnia mieliśmy wielkie szczęście. Parking był pełny, ale Michał postanowił zaryzykować i wjechał mimo wielkiego czerwonego neonu „COMPLET” i akurat w tej samej minucie inny samochód postanowił z tego parkingu wyjechać, więc mogliśmy sprawnie zająć jego miejsce. I już był w ogródku, już witał się z gąską gdy nagle… „Mamo, siku!” przekreśliło wszystko. Poszukiwanie i obsługa toalety zajęła nam dokładnie tyle czasu ile prom, w który celowaliśmy, potrzebował by odpłynąć w kierunku Saint-Malo. Następny był dopiero za 30 min i zanim przybiliśmy do brzegu, zanim rozeznaliśmy się skąd startował wyścig, to na miejscu przywitała nas już tylko pusta scena i oficjalny namiot z pamiątkami dla fanów. Pochlipaliśmy sobie troszeczkę ukradkiem (Michał nawet na pocieszenie zaopatrzył się w firmową koszulkę we wspomnianym namiocie) a potem nie pozostało nam już nic innego jak przejść do pozostałych punków z planu dnia.

Najpierw oczywiście kawa i ciacho (bo cukier nie pyta, cukier rozumie) i przy okazji spacer po zabytkowej części miasta ogrodzonej imponującymi murami obronnymi (co ciekawe całość została pieczołowicie odbudowana po zniszczeniach w czasie II wojny światowej). Po drodze upatrzyliśmy sobie nawet kilka ładnych rzeczy, które stały się silnymi pretendentami do wakacyjnych pamiątek. Objuczeni w ręczniki, kostiumy, foremki i łopatki nie za bardzo mieliśmy wówczas przestrzeń na tego typu manewry, ale nazajutrz wróciliśmy już w konkretnych zakupowych celach. Prócz standardowych magnesów czy pocztówek do Warszawy wróciła razem z nami np. pewna ceramiczna ośmiornica w kolorze niebieskim. Miała jej towarzyszyć grafika przedstawiająca Mont-Saint-Michel, ale niestety ktoś nas w tym zakupie ubiegł (na szczęście wiemy gdzie można taką kupić w Internecie, więc kto wie…). Po powrocie do Polski ten zakupowy dzień okazał się nawet droższy niż myśleliśmy. Cudem znalezione miejsce parkingowe okazało się bowiem nie takie zupełnie darmowe na jakie wyglądało na pierwszy rzut oka 😛

Kolejnym stałym punktem dnia było oczywiście plażowanie, bo rozległa plaża w Saint-Malo zapowiadała się niezwykle obiecująco. Ciekawym doświadczeniem było przyjrzenie się z bliska zjawisku odpływu. Człowiek już gotów zanurzyć stopy w wodzie, a tu piasek zdaje się nie mieć końca. Największą niedogodnością takiego odpływu jest to, że ten „dodatkowy” pas plaży wcale nie jest suchy – więc albo rozkładasz ręcznik tam, gdzie jeszcze jest sucho i masz do wody niemal „kilometr”, albo kładziesz się bliżej brzegu, ryzykując stale wilgotny ręcznik. W tym miejscu mieliśmy też kolejnego farta tego dnia, gdy zupełnie przypadkowo trafiliśmy na coś w rodzaju naturalnego basenu (fragment płycizny wypełniony wodą, odcięty przybrzeżnymi skałami). Dla dzieci – rewelacja. Nie dość, że płytko, to jeszcze woda przyjemnie nagrzana. Całości doświadczenia dopełniali ratownicy na posterunku a także specjalny „plażowy” oddział policji, który w białych koszulkach polo i niebieskich spodenkach aż się prosił o casting do „Słonecznego patrolu”.

Ostatni łut szczęścia zarezerwowany był na powrót. Po tym jak dziewczyn wymoczyły się porządnie w wodzie i wszystkie przekąski zostały zjedzone (na całe szczęście przez nas a nie przez mewy, które mocno odważnie i z impetem potrafią podlatywać do plażowiczów ostentacyjnie szeleszczących czymś w torbie lub o z grozo wkładających coś do ust), stwierdziliśmy, że czas ewakuować się do Dinard na kolację. Zupełnie niespiesznie obraliśmy kierunek przystań. Powiedziałabym, że nawet z pewną nonszalancją i na pewniaka. Zupełnie jakbyśmy szli na stację metra które jeździ całą dobę lub chociażby do późnych godzin nocnych. Nawet przez moment nie przeszło nam przez myśl by sprawdzić rozkład kursów i tknęło nas dopiero na miejscu. Okazało się, że za chwilę ma przypłynąć OSTATNI prom tego dnia 😀 Chyba nie muszę mówić jaki to był kamień z serca i że następne minuty przebiegły nam jednak w dość nerwowym oczekiwaniu. Finalnie transport się pojawił. Nieco spóźniony, ale natychmiast zostało mu to wybaczone 🙂 A my na naszą niefrasobliwość mamy tylko takie usprawiedliwienie, że w wakacje czas płynie inaczej a w Bretanii to już w ogóle, gdyż latem słońce zachodzi tam aż godzinę później niż w Polsce dając złudne poczucie, że dzień jeszcze młody podczas gdy to już wieczór.

Author

1 Comment

  1. Jak na jeden wypad to sporo tych przygód . Piękny kolor wody, piasek ,wakacyjne klimaty, czego chcieć więcej.

Write A Comment

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.