Nasz skromny cykl o miejscach nad francuskim Szmaragdowym Wybrzeżem kończymy krótkim, plażowym wpisem. Tym razem trafiliśmy do Port Briac – niewielkiej, niestrzeżonej plaży, która pełni również funkcję miejsca do wodowania małych łódek. Odkryliśmy ją trochę przypadkiem, z pomocą Google Maps, w chwili kryzysu, gdy inne plaże w Cancale nie wyglądały zachęcająco w czasie odpływu.
Dojazd do plaży prowadził wąską ulicą wśród bretońskich willi. Zaparkowane wzdłuż niej samochody i kilku powracających plażowiczów upewniło nas, że jedziemy w dobrą stronę. Na końcu czekał jeszcze niewielki parking oraz interesująca toaleta w kształcie drewnianej beczki. I to w zasadzie była jedyna infrastruktura na miejscu. Na samej plaży panował spokój – zaledwie kilka osób, a część już zbierała się do wyjścia. Rozłożyliśmy ręczniki tam gdzie piach był suchy, do wody mieliśmy więc co najmniej 50 metrów. Warto było jednak odbywać te małe „wycieczki”, gdyż takiej ilości śladów po „owocach morza” nie widzieliśmy w naturze nigdy.
Na piasku leżały setki pustych muszli – głównie ostryg i małży. Nie bez powodu Cancale nazywane jest „stolicą ostryg” – na odsłoniętych przez wodę skałach widać było miejsca, gdzie były kiedyś przytwierdzone. Znaleźliśmy też piękną, dużą muszlę w kształcie wachlarza, która – według Internetu – mogła należeć do przegrzebka. A dopełnieniem tego morskiego krajobrazu była dryfująca w wodzie szczypcowa kończyna homara.




Na takim plażowaniu spędziliśmy kilka godzin a potem ruszyliśmy na wycieczkę do miejsca, dla którego w ogóle przyjechaliśmy do Bretanii… Ale o tym już w następnym wpisie.
