O Quiberon, zarówno o samym półwyspie, jak i o miasteczku o tej samej nazwie, nie mieliśmy wcześniej bladego pojęcia. Wiedzieliśmy tylko, że chcemy spędzić jeszcze kilka dni w Bretanii, a jednocześnie fajnie byłoby choć trochę przesunąć się geograficznie w stronę Nowej Akwitanii. Wrzuciliśmy więc te założenia w filtr wyszukiwania dostępnych hoteli, dorzuciliśmy nasze wyśrubowane (razy cztery 🙂 ) wymagania — i tak oto trafiliśmy do popularnej wśród Francuzów wakacyjnej destynacji.

Do przejechania mieliśmy niecałe 200 km, jasne więc było, że nie ma szans łyknąć tego dystansu na raz. Palcem po mapie udało mi się namierzyć idealne miejsce na pit stop nad jeziorem (Lac au Duc), niemal dokładnie w połowie trasy. Dojeżdżając na miejsce, mieliśmy wrażenie, że jedziemy przez jakieś totalne pola i wioski, nic nie wskazywało na to, że jezioro i cała infrastruktura, którą tak obiecywał Google Maps, naprawdę istnieją. Dopiero gdy dotarliśmy na parking, przekonaliśmy się, że trafiliśmy w bardzo popularne miejsce wypoczynkowe. Jezioro, plaża, wypożyczalnia sprzętu wodnego, plac zabaw, plenerowa siłownia, sporo trawiastego terenu (częściowo w cieniu drzew), a do tego camping z bungalowami i restauracją i pewnie jeszcze coś pominęłam w tej wyliczance. Ludzi było całkiem sporo: praktycznie pod każdym drzewem ktoś piknikował na kocu albo w wersji „de luxe”, z rozstawionymi turystycznymi krzesełkami i stolikiem. Plac zabaw tradycyjnie znajdował się w pełnym słońcu, podobnie jak jedyna wolna ławka, jaka została, ale dało się chwilę rozprostować nogi, zjeść drugie śniadanie w plenerze i przegonić dziewczyny po drabinkach, żeby łatwiej zniosły kolejną część drogi.

Hotel, który zwabił nas w te rejony to Mercure Quiberon Hotel and Spa a jego największym atutem był… kryty basen (o innych możecie poczytać w dokładnej recenzji). Pogoda na Quiberon potrafi niestety płatać figle. Już w trakcie drogi zorientowałam się, że sprawdziłam tę lokalizację pod każdym możliwym kątem, poza jednym – pogodą. Mój pesymistyczny telefon zapowiadał 19 stopni, pełne zachmurzenie i deszcz na nasz cały pobyt. Rzeczywistość może nie okazała się aż tak ponura, ale w swych wakacyjnych planach warto brać pod uwagę, że na Quiberon jak w górach – pogoda potrafi zmienić się nagle i to kilka razy w ciągu dnia. Z tego też powodu nie ma co przejmować się kiepskimi prognozami, gdyż pokazują one najczęściej ten jeden najgorszy moment w ciągu dnia. Podczas naszych trzech dni mieliśmy więc wszystko — i słońce, i chmury, i dwukrotnie deszcz, który pokrzyżował nam wycieczkowe plany, zmuszając do schronienia się w hotelu. Dlatego jeśli ktoś nastawia się na kąpiele, to naprawdę radzę: zadbajcie o kryty basen!

Nie powiem, że na Quiberon zwiedziliśmy jakoś szczególnie dużo. Podczas pobytu naszła mnie nawet taka refleksja, że w tym roku wyjątkowo łatwo udawało nam się „odpinać wrotki”, luzować, rezygnować z ambitnych planów i nie nastawiać się nadmiernie na jakieś wzbogacanie geograficzno-kulturalne w konkretnym wydaniu. A jeśli zastanawiacie się jakim cudem w listopadzie pamiętam o tej refleksji poczynionej w lipcu, to spieszę donieść, że od kiedy Mikołaj podarował mi podróżniczy notes Traveller’s Journal od Moleskine (w kolaboracji z National Geographic), w którym podczas wyjazdów na bieżąco powstają „notatki z podróży”, to takie pisanie postów wiele miesięcy po rzeczywistych wydarzeniach jest teraz o wieeeeele prostsze ;). Jeśli chodzi o nasze sukcesy w wynurzaniu się z basenowej wody i oddalaniu od hotelu, to udało nam się np. dotrzeć pieszo na sam czubek półwyspu – Pointe du Conguel. Przyjemna to była wycieczka a przynajmniej do czasu gdy totalnie znikąd pojawiła się nad nami wielka czarna chmura zmuszająca nas do małego sprintu powrotnego w stronę samochodu (a sprint z Magdą na rękach to wyzwanie dla każdego). Lunęło prawdziwie filmowo akurat w chwili gdy dotarliśmy do samochodu.

Kilka razy byliśmy w centrum miasteczka, głównie w celach gastronomicznych. Z tych wizyt zapamiętam również uroczy sklepik z pamiątkami Le plein d’iode, w którym właścicielka miała przygotowany specjalny stolik dla dzieci – czekały na nim kolorowanki i kredki. W ten sposób rodzice mogli w spokoju pooglądać piękny, w większości wykonany ręcznie, asortyment. Nie mogę nie wspomnieć też o Château de Turpault – niewielkim prywatnym zamku mieszkalnym położony na końcu półwyspu Beg er Lan. Zamek mieszkalny w letnim kurorcie – wydało mi się to takie bardzo… francuskie 🙂

Ostatnie miejsce, niczym wisienka na torcie, to zmodernizowany niedawno Port Haliguen. Jakby ktoś się mnie zapytał co tak dokładnie mnie urzekło w tym miejscu to… nie wiem 😉 Wydaje mi się, że w tamtym momencie zagrało po prostu kilka rzeczy jednocześnie. Była piękna pogoda, błękit wody, biel jachtów które uwielbiam oglądać gdyż zawsze ciekawi mnie „jak tam jest pod podkładem”, uroczy sklepik z pamiątkami i ubraniami w marynistycznym klimacie, plac zabaw (tyle wygrać!) i dziewczyny jakieś takie współpracujące w poszukiwaniach rzeźb wyszczególnionych w jakiejś ulotce o sztuce Quiberon znalezionej w hotelu.

Jedzeniowo udawało nam się trafić całkiem nieźle. Tradycyjnie to otwieranie restauracji dopiero o 19-tej potrafiło nam uprzykrzyć logistykę (raz siedzieliśmy przez godzinę na plaży czekając aż dobijemy do tej granicznej godziny posilając się sokiem pomarańczowym i ostatnią bagietką upolowaną przez Michała w jakimś markecie), ale pewne rzeczy są stałe jak śmierć i podatki i do tego grona z pewnością należy fakt naszego obiadowego nieogarnięcia w krajach z funkcjonującą sjestą (nawet jeśli nie istnieje w nich pod tą dokładnie nazwą). Z naszych jedzeniowych „polecajek”:

  • Sablé – spory lokal niedaleko plaży ze stolikami zarówno wewnątrz jak i na dworze; „łatwe” menu – duży wybór potencjalnych pewniaków jak pizza, burgery, kanapki czy bowle; menu dla dzieci
  • Bistrot du Port – miejsce gdzie dokonał się cud i zdążyliśmy przed popołudniową przerwą; menu tylko po francusku a angielski obsługi mocno średni; duży wybór świeżych owoców morza; kupny lód na patyku w ramach deseru w menu dziecięcym nieco rozczarowujący, ale za to „dorosły” francuski deser „Île flottante” rewelacyjny
  • La Voglia – dostanie stolika w lokalu bez wcześniejszej rezerwacji było niemożliwe, na szczęście było ich też całkiem sporo na placu na przeciw lokalu i tam już nie było problemów; włosko, pysznie a w naszym wypadku również urodzinowo gdyż to tu obchodziliśmy 7 urodziny Małgosi; urodzinowym jedzeniowym życzeniem solenizantki był czekoladowy fondant na deser

A skoro jesteśmy w tematach gastronomicznych, nie sposób nie wspomnieć o pewnych wyjątkowych bretońskich cukierkach. Niniches, bo o nich mowa, to flagowy wyrób manufaktury Maison d’Armorine założonej w 1946 roku przez Raymond i Yvonne Audebert. Z wyglądu przypominają podłużne lizaki lub zastygnięte lody na patyku. W konsystencji są czymś między lizakiem, krówką a karmelkiem, w zależności od tego czy wybierzemy te na bazie bretońskiego karmelu czy owocowego syropu (a wszystkich smaków jest około 50). Obecnie już czwarte pokolenie rodziny Audebert kontynuuje tą słodką rzemieślniczą tradycję wytwarzając niniches w ten sam tradycyjny sposób (podgrzewanie masy a potem ręczne jej rozciąganie i formowanie). Wyjeżdżając z Quiberon zajechaliśmy do małego firmowego sklepiku w miejscowości Carnac i zaopatrzyliśmy się w solidny zestaw niniches w ozdobnej puszce, którą z sentymentu trzymamy w kuchennej szufladzie do dziś, mimo, że zawartość zniknęła jeszcze we Francji 🙂

Author

1 Comment

  1. No takich kolorów jakie są na tych początkowych zdjęciach, to jeszcze nie widziałam .Czyli zawsze coś nowego i zaskakującego. Zdjęcia tych pyszności to jakieś tortury , zawsze jak czytam i oglądam, to stwierdzam, po pierwsze , że jestem bardzo głodna, a po drugie ,że nie mam co zjeść.

Write A Comment

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.