Cele naszych wycieczek to najczęściej kombinacja przypadku, czasu spędzonego w Google Maps i skutecznego unikania dłuższych podróży samochodem. Nic dziwnego, że nasza pierwsza wycieczka poza Châtelaillon-Plage, gdzie mieszkaliśmy przez kilka dnia, odbyła się do miejscowości, do której mieliśmy zaledwie kilka minut samochodem.
La Rochelle to niewielkie miasto portowe i ośrodek turystyczny w jednym. Położone nad Zatoką Biskajską stanowi dobry punkt wypadowy na pobliskie wyspy takie jak Île de Ré i Île d”Oléron. Nie będę udawać, iż wiedziałam o nich przed wakacyjnym researchem, ale gdy nieopodal tej drugiej znalazłam na mapie Fort Boyard od razu zaświeciły mi się oczy. Pamiętam jak dziś: lata 90te, pierwsze podrygi telewizji satelitarnych, francuskojęzyczny kanał TV5 i program telewizyjny „Fort Boyard” rozgrywany właśnie tam. Grupa śmiałków rozwiązująca zagadki i zdobywająca klucze do skarbu w przeróżnych konkurencjach wymagających siły, sprytu, zręczności, logicznego rozumowania a nierzadko i pokonywania własnego strachu (np. przed wężami czy pająkami). Nie rozumiałam ani słowa, ale widać miało to swój urok, bo gdy kilka lat temu powstała polska edycja programu, nawet nie próbowałam jej oglądać 😉 Szkoda, że obiektu nie można zwiedzać.
Wycieczka przypadła nam na przepiękny, słoneczny i upalny dzień. Ambitnie założyłam, że pół dnia poświęcimy na zwiedzanie a drugie pół poplażujemy, ale to chyba tylko dowód, że słońce przygrzało mi mocno już z samego rana 🙂 Na pierwszy cel obraliśmy Muzeum Morskie. Szczęśliwie nieopodal znajdował się duży podziemny parking a także biuro informacji turystycznej. Samo muzeum położone jest bezpośrednio przy basenie kutrów rybackich przy starym porcie co jest to o tyle ważne, że część eksponatów jest… zwodowana. W kasie biletowej naszła mnie taka mała refleksja. W Bretanii miałam wrażenie, że wszyscy usilnie chcą rozmawiać ze mną po francusku i nawet gdy desperacko przechodziłam na angielski nie oznaczało to bynajmniej, że rozmówca będzie mi w tym towarzyszył. W Nowej Akwitanii ludzie zazwyczaj przechodzili na angielski po mojej pierwszej odpowiedzi w ich ojczystym języku. W sumie nie wiem co irytowało mnie bardziej, ale chyba jednak to drugie zachowanie. Tyle wieczorów z francuskimi słówkami w aplikacji Duolingo i zero wdzięczności… Od razu przypomina mi się zabawny obrazek z mapą Europy i podpisami mówiącymi o tym jak ludzie w poszczególnych krajach reagują gdy próbujesz mówić w ich języku. I tak jak przeciętny Hiszpan, Portugalczyk, Włoch czy mieszkaniec Bałkanów będzie chciał być momentalnie Twoim przyjacielem po wsze czasy, tak przeciętny Francuz pomyśli tylko „Proszę, nie rób tego”.



Wracając do samego muzeum, to traktuje ono o historii morskiej La Rochelle i regionu atlantyckiego kładąc najsilniejszy akcent na życie portowe, żeglugę i działalność ludzi związanych z morzem. W serii kolorowych pawilonów znajduje się szereg wystaw (np. „La rochelle, urodzona z morza” czy wierna rekonstrukcja targu rybnego) gdzie liczne modele statków, fantastyczne makiety, mapy, fotografie, filmy i inne eksponaty przedstawiają rozwój portu od czasów średniowiecznych aż po współczesność. Miłym ukłonem w stronę dzieci była obecność taboretów umożliwiających oglądanie im makiet z góry (a może był to raczej ukłon w stronę rodziców 🙂 ). Kierunek zwiedzania prowadził od jednego pawilonu do drugiego i kończył się przy warsztacie modelarskim gdzie, tak podejrzewamy, powstawały te wszystkie miniaturowe cuda. Michał stwierdził, że mógłby tam pracować i byłby niezmiernie szczęśliwy 😉 Po sąsiedzku odnaleźliśmy coś w stylu salki zabaw ze stolikami i planszówkami, ale na szczęście dziewczyny dały się przekonać by tam nie wchodzić.













Wszak przed nami była jeszcze część muzeum na wodzie, którą stanowi flota historycznych jednostek:
- France 1 – dawna fregata meteorologiczna z 1958 r.
- Angoumois – tradycyjny trawler rybacki, jeden z ostatnich tego typu kutrów wykorzystywanych w regionie
- Saint-Gilles – holownik portowy z 1958 r.






Najwięcej czasu przeznaczyliśmy na France 1 – fregatę meteorologiczną zaprojektowaną specjalnie do stacjonarnych pomiarów pogody na ocenie. Od 1959 do 1985 roku regularnie stacjonowała na Atlantyku robiąc pomiary, zbierając dane i przesyłając je do stacji pogodowych, dzięki czemu francuscy i światowi meteorolodzy mogli lepiej przewidywać pogodę nad Atlantykiem oraz usprawniać prognozy dla Europy. Przyczyną zakończenia służby była powszechna dostępność nowych technologii meteorologicznych, w szczególności danych z satelitów i automatycznych systemów pomiarowych, które zastąpiły potrzebę obecności statków na morzu. Obecnie France 1 jako francuski zabytek historyczny stanowi jeden z głównych eksponatów muzeum w La Rochelle. Dodatkowo jest jednym z nielicznych na świecie, który można zwiedzać i to w tak szerokim zakresie, bo praktycznie od maszynowni aż po mostek kapitański. Ustalona odgórnie trasa zwiedzania prowadzi przez wszystkie poziomy i pozwala wejść, lub chociażby zajrzeć, niemalże do każdego pomieszczenia. I tak w gabinecie lekarskim niewielki stół zabiegowy czeka na przyszłych pacjentów. Spiżarnia jest pełna dużych puszek z żywnością. W kuchni na blatach czekają plastikowe warzywa do krojenia, w piekarniku „piecze się” plastikowe pieczywo, na gazie „pyrkoczą” potrawy a ogromnych rozmiarów robot w stylu KitchenAid stoi gotowy do mieszania składników. Poszczególne kajuty pełne są osobistych przedmiotów jak zarzucony na oparcie krzesła sweter, ustawione pod łóżkiem buty, pozostawiona na biurku gazeta czy otwarty notes. Z jednej dochodzi nawet głośne pochrapywanie a po zajrzeniu przez uchylone drzwi widać w półmroku zarys postaci leżącej w łóżku (musiałam mocno zapewniać dziewczyny że to tylko manekin 😉 ). W łazience jedna kabina zasłonięta jest kotarą z przewieszonym ręcznikiem, na podłodze mokro, słychać też wyraźny szum wody i czyjeś pogwizdywanie… Doprawdy pełen zachwyt i wielkie brawa za realizację tylu fantastycznych pomysłów, które uczyniły ten, co by nie mówić, muzealny zabytek tak przystępnym zwiedzaniu niezależnie od wieku.












Tradycyjnie zgłodnieliśmy nie o tej porze co trzeba, na szczęście niedaleko muzeum znaleźliśmy Les Filles – niewielkie fast foodowe bistro o zaskakująco dobrych opiniach. Nie powiem, że poczuliśmy tam nie wiadomo jakie wyżyny kulinarne, które argumentowałyby tak wysokie noty, ale jeśli mielibyśmy porównać to miejsce ze znanymi fast foodowymi sieciówkami, to chyba rzeczywiście trafiliśmy lepiej. Na uwagę na pewno zasługuje Pani, która tam pracowała. Ewidentnie bardzo spodobały jej się dziewczyny, bo co raz podchodziła do naszego stolika sprawdzić czy wszystko w porządku a na końcu obdarowała je zestawem kolorowanek z flamastrami czym totalnie nas rozwaliła 😉






Posileni zmusiliśmy dziewczyny do heroicznego czynu w upale – spaceru! Dały radę, ale nagroda musiała być określona jasno i zawczasu – lody w lodziarni Ernest Glacier. Po drodze rodzice dostali swoją nagrodę – tonic espresso w L’amusette Café (polecamy obydwa miejsca) a ja dodatkowo w międzyczasie skorzystałam z… poczty. Zbyt dobrze pamiętamy te wszystkie razy z poprzednich wakacji kiedy to kupowaliśmy kartki razem ze znaczkami na jakimś straganie z pamiątkami a one potem szły miesiącami do Polski. Tym razem chciałam przechytrzyć system i kupić znaczki na poczcie. Ta wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Brak standardowych okienek, mobilny personel krążący niczym wolne elektrony po placówce, pomocny i rozmawiający po angielsku, automatyczne kioski do załatwiania niektórych spraw. Nie wiem na ile to standard, ale w La Rochelle zdecydowanie powiało XXI wiekiem.







Ostatnią atrakcją była przejażdżka Diabelskim Młynem (La Grande Roue de La Rochelle). Warto było pokonać mój postępujący z wiekiem lęk wysokości (dodatkowo wzmagany swobodą z jaką Magda opierała się o przezroczyste drzwi wagonika), gdyż widoki z góry były naprawdę imponujące.





