to niewielka wyspa w Zatoce Baskijskiej, niedaleko La Rochelle. Nazywana bywa „paryskim Hamptons”, gdyż wielu Paryżan przyjeżdża tu na wakacje lub weekendy, nierzadko do swoich własnych letnich domów. Elegancka i dystyngowana, przyciąga zamożnych Francuzów oraz turystów szukających raczej spokoju i wytchnienia niż rozrywki i blichtru rodem z Lazurowego Wybrzeża. Znana jest z produkcji soli morskiej, ostryg i ponad 100 km ścieżek rowerowych, co – jak na wysepkę o wymiarach ok. 30 x 5 km – czyni ją jedną z najbardziej „rowerowych” wysp w Europie. Po takich internetowych rekomendacjach wiedzieliśmy, że będzie to cel naszej kolejnej wycieczki w tym regionie.

Wiem, że wstępniaczek był obiecujący niczym klikbajtowy nagłówek, ale teraz nastąpi szybkie zejście na ziemię. Nie wiem, czy to fakt, że tego dnia słońca było jak na lekarstwo, czy to, że na Ré zobaczyliśmy zaledwie dwa miejsca, czy to, że tradycyjnie krajobrazy kontemplowaliśmy przez pryzmat bolących nóg, „nudzi mi się, „mamo, siku”, „ja chcę lody” i „a ona powiedziała…” , ale wrażenie, jakie wywarła na nas wyspa, było naprawdę mocno średnie. A może po prostu tak miało być? Trudno, żeby każde miejsce było zawsze jednym wielkim efektem wow. Szybko spowszedniałyby nam wtedy te wszystkie zachwyty.

Zdziwieni byliśmy przede wszystkim ilością ludzi. Chyba błędnie założyliśmy, że skoro ma być spokojnie, leniwie i drogo (nawet dojazd 3-kilometrowym mostem łączącym wyspę z lądem jest płatny), to chętnych nie będzie wielu. W Saint-Martin-de-Ré (historycznej stolicy wyspy, z fortyfikacjami wpisanymi na listę UNESCO), gdzie zatrzymaliśmy się w pierwszej kolejności, z trudem znaleźliśmy miejsce na parkingu, a tłum ludzi kręcący się w okolicach portu lub okupujący tamtejsze restauracje był co najmniej zastanawiający. Miasteczko może i ładne, ale takie bardziej z kategorii „jakich wiele” niż „Boże, muszę tu wrócić”. Na szczęście kulinarnie było nieco lepiej niż przeciętnie. Szczerze polecamy wytrawne naleśniki w Le Saint Mart’ i lody w La Martinière (duuuuużo smaków do wyboru).

Latarnia Wielorybów (Phare des Baleines) to drugie odwiedzone tego dnia miejsce. Położona w miejscowości Saint-Clément-des-Baleines, na samym końcu wyspy, gdzie Atlantyk jest szczególnie zdradliwy dla statków. Swoją nazwę zawdzięcza wielorybom, które w przeszłości często pojawiały się w tym rejonie, a ich wyrzucone na brzeg ciała były nierzadkim widokiem dla lokalnych rybaków. Gwoli ścisłości, latarnie znajdziemy tu dwie: starą z XVII w., która z czasem okazała się zbyt niska, oraz nowszą z XIX w., wysoką na 57 metrów, której światło widoczne jest z odległości do 50 km na morzu. Organizacja w okolicy przypominała tę znaną nam z Mont Saint-Michele: brak możliwości podjechania pod samą latarnię, wydzielone parkingi w zależności od typu pojazdu. Nie było tylko shuttle busów, gdyż odległość znowu nie była tak duża. Lokalizacja sugerowała złudnie, że udajemy się w miejsce odludne i dalekie, niczym na skraj świata. Zupełnie nie spodziewaliśmy się więc jarmarczno-odpustowej atmosfery i natłoku kramów wszelkiego rodzaju od pamiątek, przez lody, na ubraniach skończywszy. Średnio kojarzyło nam się to z elegancją i spokojem.

Dla fantastycznych widoków należało pokonać 257 schodów. Dziewczyny tradycyjnie zadziwiły nas swoją kondycją i wytrzymałością, pokonując trasę na szczyt praktycznie biegiem, po czym, po „odhaczeniu” widoku z góry, chciały momentalnie schodzić. W dół nie było już tak różowo. Magda „chciała być pierwsza”, a ja jednak wolałam asekurować ją w tym pędzie po prawej stronie krętych schodów, gdzie szerokość stopni aż prosi się o ześlizgnięcie… no i dramat gotowy 🙂

Jak widać, nie zawsze trafia się hit, nie zawsze musi być „chemia”. Czasami musi wystarczyć sam fakt, że udało nam się dotrzeć w kolejne, nowe miejsce, oraz satysfakcja, że jeśli kiedyś usłyszymy coś o „wyspie Ré”, będziemy w stanie powiedzieć: „byliśmy tam!”.

Author

Write A Comment

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.