Lubię wycieczki do zoo. Chcę wierzyć (być może naiwnie), że istnieją takie napędzane poczuciem misji a nie chęcią zysku. Takie, które dbają o dobrostan zwierząt, aktywnie biorą udział w programach ratujących poszczególne gatunki przed wyginięciem, są schronieniem dla osobników odratowanych z cyrków, nielegalnego handlu czy prywatnych pseudo-hodowli, prowadzą badania naukowe i edukują. Zoo w Singapurze jak i Bioparc Fuengirola niedaleko Malagi to nasze wakacyjne perełki. Francuskie Zoo La Palmyre z pełnym przekonaniem dopisuję również do tej listy.






Zoo znajduje się w nadmorskim regionie Charente-Maritime, niedaleko kurortu La Palmyre, ok. 70 km na południe od La Rochelle – mieliśmy tam po drodze w dniu naszej przeprowadzki z Châtelaillon-Plage do Bordeaux. Założone w 1966 roku przez francuskiego pasjonata przyrody Claude Caillé należy do najczęściej odwiedzanych ogrodów zoologicznych w kraju. Położenie w naturalnym lesie sosnowym automatycznie daje przyjemny cień zarówno dla zwierząt jak i zwiedzających, czyniąc eksplorowanie tego niemałego terenu w gorące letnie dni naprawdę przyjemnym.





Myślę, że nie skłamię jeśli napiszę za całą rodzinę, że byliśmy pod wielkim wrażeniem Zoo La Palmyre. Niektóre wybiegi były naprawdę imponujące. Największym hitem była zdecydowanie platforma widokowa do karmienia żyraf. Co prawda trochę nie ogarnęliśmy, że przy wejściu można było kupić dla nich specjalny… popcorn, ale i bez własnej paczki emocji było co nie miara. Bliskie spotkanie z żyrafią głową, która bez pardonu nurkuje w torebce popcornu trzymaną przez osobę obok, to wspomnienie jakie z pewnością zostanie z nami na długo. Magda oczywiście najbardziej zainteresowana była zwierzęcymi dzidziusiami. Miała nawet szczęście, gdyż zoo przeżywało w tym czasie niezły „baby boom”. Nasze ulubione maluchy to bobas gorylek z mamą i zaledwie 2 miesięczna zeberka. Byliśmy też świadkami sceny z życia rodzica w wydaniu szympansów, gdy jeden maluch tak natarczywie zaczepiał i męczył jakiegoś dorosłego osobnika, że ten w końcu się wkurzył, pyrgnął nim o trawę i… dał mu klapsa. Dziewczyny były naprawdę oburzone tym małpim wybuchem złości 😉 A my z Michałem z ulgą stwierdziliśmy, że trudy rodzicielstwa nie są jedynie przypadłością gatunku ludzkiego 😀 Na zakończenie czekało nas bliskie spotkanie z kozami w ich zagrodzie. Dziewczyny z początku bardzo entuzjastycznie pochodziły do pomysłu zakupu karmy i samodzielnego karmienia małych słodkich kózek. Szybko jednak okazało się, że maluchy absolutnie nie mają szans z dorosłymi osobnikami (nazwanymi przez Magdę „starymi kozłami”) dużo lepiej zaprawionymi w bojach o jedzenie. Wpychały nosy prosto do torebki albo stawały na tylnych nogach i opierały się o nas raciczkami. Generalnie były mało delikatne a to budziło w dziewczynach paniczny strach.






Od strony infrastruktury również nie ma się do czego przyczepić. Dużo ławek, dużo toalet, specjalnie wyznaczone miejsca piknikowe, kilka punktów gastronomicznych i jeden większy sklep z pamiątkami niedaleko wyjścia. Taka centralizacja „rozpraszaczy” bardzo mi się podobała. Wiadomo, że souveniry zawsze chętnie wejdziemy obejrzeć, ale wolę nie robić tego co kilka kroków.






2 komentarze
Przepiękne miejsce dla zwierząt i zwiedzających. Pospacerowałabym po takim Zoo z przyjemnością.
Bardzo się cieszę, że mogłam z Wami powędrować po zoo i zobaczyć te wszystkie zwierzęta. Tam jest pięknie!