Zdecydowanie największe spośród odwiedzonych przez nas w te wakacje miast, co potwierdzał również fakt, iż podczas hotelowego śniadania – chyba pierwszy raz podczas tego wyjazdu – słyszeliśmy wyraźny mix przeróżnych języków, a nie tylko francuski. Przez te dwa dni, które tam spędziliśmy, poznaliśmy może pół promila miasta, ale ta próbka zdecydowanie wystarczyła, by pozostawić w nas nieodpartą chęć powrotu kiedyś na spokojny, wyluzowany city break (najlepiej bez dzieci) 🙂

Nie wiem, na ile to standard, a na ile przypadek, ale jednego dnia pogoda była tam iście angielska. W ciągu dnia padało chyba z piętnaście razy. Dziewczyny na przemian zakładały kurtki przeciwdeszczowe, by po chwili je zdejmować. Dobrze, że tego mieliśmy wtedy zaplanowane zwiedzanie pod dachem, udało się więc nieco uciec od tej kapryśnej aury.

Cité du Vin – często nazywane muzeum, choć to raczej interaktywne centrum kultury wina.13 000 m2 rozłożonych na wielu poziomach, w budynku o kształcie inspirowanym ruchem płynu w kieliszku, przedstawia 6 tysięcy lat historii wina, nie tylko z Francji. Ekrany, projektory, czujniki ruchu, multimedia, zapachy, a nawet degustacje czynią to miejsce niezwykle nowoczesnym i interesującym, nawet jeśli na co dzień nie jest się wielkim fanem czy koneserem tego trunku. Zastanawialiśmy się, jak odnajdą się tam dziewczyny, mieliśmy nadzieję, że interaktywność będzie naszym sprzymierzeńcem. Jeśli coś można dotknąć, nacisnąć czy uruchomić, to w zwykle wystarcza. W końcu mają już na koncie wizytę w Muzeum Fotografii w Krakowie, gdzie również nie były szczególnie zainteresowane samym tematem przewodnim, a jednak nowoczesna forma sprawiła, że wycieczkę uznaliśmy za udaną. Tym razem wróciliśmy jednak nieco bardziej „na tarczy” niż „z tarczą”, choć trudno powiedzieć, czy to kwestia niedopasowania miejsca do ich wieku, czy raczej dyspozycji (czytaj: poziomu marudności) dnia. Śmiem twierdzić, że raczej to drugie. Małgosia wieczorem w hotelu rysowała butelki wina, a magnes, który wybrała na pamiątkę z Bordeaux, również ma taki motyw. Obydwie, do tej pory, przechowują bilety i dobrze pamiętają, że były w „muzeum wina, gdzie częstowali winogronowym sokiem”.

Wspomniana degustacja to taka wisienka na torcie zwiedzania. Po przejściu wszystkich pięter z ekspozycjami wsiada się w windę i jedzie na ósme piętro, do panoramicznej części zwanej Belvédère. Tam dorośli mogą otrzymać kieliszek degustacyjny wina (lub dwa – w zależności od rodzaju biletu), a dzieci sok winogronowy. Rozpościera się stamtąd widok 360° na Bordeaux (można nawet wyjść na coś w rodzaju wąskiego tarasu). Wśród innych atrakcji, które szczególnie zapamiętaliśmy, była wirtualna gra w rozdeptywanie winogron – na podłodze wyświetlana była zawartość kadzi, a uczestnicy w określonym czasie musieli „rozgnieść” wszystkie owoce. Ciekawy był też krótki film o produkcji wina wyświetlany w niewielkim, cylindrycznym kinie. Nad okrągłą, czerwoną kanapą z wydzielonymi siedziskami wisiał ekran o tym samym kształcie. Wyświetlany w zapętleniu film był takim zlepkiem różnych kadrów związanych z cyklem życia winorośli i procesem produkcji wina, więc spokojnie mogły oglądać go również dzieci. Ten sam temat przedstawiano także na ścianie w formie schematycznych, animowanych rysunków – każdy etap był dokładnie opisany i dostępny do posłuchania przez audioprzewodnik, który dostawało się na wejściu. Interesujące były również stoły zapachowe, przy których można było powąchać różne nuty aromatyczne spotykane w winie.

Tak jak pierwszy dzień zdominowała Cité du Vin, tak drugi upłynął już bez konkretnego planu. W ostatni dzień wakacji postawiliśmy na zwykłe szwendanie się bez spiny – tym bardziej, że pogoda w końcu zaczęła sprzyjać eksplorowaniu miasta. Podjechaliśmy tramwajem w okolice Porte Cailhau – przepięknej bramy miejskiej z XV wieku. Mieliśmy nawet ochotę na zwiedzanie (wiadomo, dziewczyny zawsze chętnie wdrapią się gdzieś wysoko), ale pech chciał, że trafiliśmy w przerwę obiadową. Po przejściu przez bramę dotarliśmy na nadbrzeże rzeki Garonny, wzdłuż której ciągnie się kilkukilometrowy pas bulwarów (les Quais), biegnący przez samo serce miasta. To przestrzeń całkowicie odnowiona w latach 1999 – 2009 – wcześniej zdominowana przez ruch samochodowy i przemysł portowy, dziś zamieniona w reprezentacyjny deptak dla mieszkańców i turystów.

To właśnie tutaj znajduje się najbardziej fotografowane miejsce w Bordeuax – Miroir d’Eau, czyli Lustro Wody. Jest to płytki basen o powierzchni 3450 m², usytuowany naprzeciwko Place de la Bourse. Z wyglądu przypomina nieco fontannę z punktowymi dyszami ulokowanymi w granitowych płytach. Całość działa w powtarzającym się cyklu: przez kwadrans powierzchnia pokryta jest cienką warstwą wody, następnie pięć minut przerwy, po czym na kolejne pięć minut pojawia się mgła. W tej cienkiej tafli przepięknie odbijają się budynki stojące po drugiej strony ulicy a efekt gigantycznego lustra robi fantastyczne wrażenie. Miroir d’Eau zostało zaprojektowane przez architekta krajobrazu Michela Corajoud przy okazji rewitalizacji bulwarów w 2006. Inspiracją było naturalne zjawisko zalewania Placu Świętego Marka w Wenecji zimą.

Ostatnie wakacyjne popołudnie spędziliśmy w pięknym parku Jardin Public, który uratował honor miasta, jeśli chodzi o place zabaw, a także pod pomnikiem Monument aux Girondins – jednym z najważniejszych punktów orientacyjnych Bordeaux, który kilkakrotnie majaczył nam na horyzoncie podczas spacerów. Kombinacja wysokiej kolumny z figurą Wolności zrywającej kajdany na szczycie, dwóch fontann i dynamicznych rzeźb koni została wzniesiona ku czci Żyrondystów – nieformalnego stronnictwa politycznego z czasów rewolucji francuskiej. Całość symbolizuje republikańskie wartości i upamiętniać ofiary rewolucji.

Jeśli chodzi o kwestie kulinarne, to naprawdę było w czym wybierać a na Google Maps aż „świeciło” się od turkusowych pinezek, które Michał postawił w miejscach, w których „musimy coś zjeść… lub wypić” 🙂 Finalnie musieliśmy dokonać nieuniknionych cięć, biorąc pod uwagę ograniczenie zarówno czasem jak i pojemnością żołądków, nie mniej warto zostawić tu ślad po tych kilku miejscach, które sprawdziły nam się rewelacyjnie:

  • ORTO – świetne włoskie kanapki panino – jedna taka i ma się z głowy zarówno zupę jak i drugie 😉 ; ciekawe kompozycje, najlepsze składniki; lokal malutki, może ze dwa stoliki wewnątrz, ale na szczęście takie panino można też śmiało wziąć w rękę i zjeść gdzieś w plenerze
  • Rôtisserie Poulettes Fernand Lafargue – tu głównym bohaterem jest kurczak: pieczona ćwiartka, kotlet w chrupiącej panierce, zawinięty w tortillę wrap lub jako składnik kanapki czy sałatki Cezar; niezależnie od postaci smakował wybornie a towarzyszące mu dodatki jak ziemniaczki pieczone lub gratin, surówka z marchewki czy tabbouleh sprawiły, że w dniu wylotu kupiliśmy sobie takie obiadki na wynos; lokal malutki, w sezonie ratują się kilkoma stolikami na zewnątrz, ale i tak tworzą się kolejki
  • La Maison du Glacier – w odróżnieniu od lodziarni „pistacjowej”, ta oferuje lody w dużo bardziej klasycznym wydaniu aczkolwiek nie mniej pyszne; najlepiej spróbować ich w obydwu miejscach, co jest stosunkowo proste gdyż obydwie lodziarnie znajdują się naprzeciw siebie
  • Cafeincup – dobra kawa; dużo miejsca (dziewczyny miały gdzie się rozłożyć z kolorowankami)

Gdy to piszę trwa majówka 2026 i bliżej nam już do kolejnych wakacji niż do tych, które kończę opisywać właśnie tym wpisem 🙂 Nie mniej wspomnienia Francji są wciąż w nas żywe i – jak się okazuje – jeszcze nawet całkiem szczegółowe. To były, niezaprzeczalnie, kolejne fantastyczne wakacje. Pojechaliśmy z myślą o spełnieniu marzenia o Moint Saint-Michele (ja dodatkowo spełniałam swoje o podróży po Francji w ogóle) a w gratisie dostaliśmy absolutny zachwyt Bretanią, „odkrycie” półwyspu Quiberon, najciekawsze Muzeum Morskie w La Rochelle i fantastyczny pomysł na potencjalny przyszły city break w Bordeaux. To właśnie tego typu niespodziewane fascynacje są tym co sprawia, że z niezmienną ekscytacją czekamy na każdy następny wyjazd.

Author

3 komentarze

  1. Wyobrażam sobie, że tak dokładny opis po upływie dość długiego czasu zapewne wymagał do sięgania do jakichś gdzieś sporządzanych notatek, a jeżeli takich notatek nie było to tylko pozazdrościć tak kazuistycznej pamięci ( zwłaszcza co do nazw kulinariów)

    • Monia Reply

      Dokładnie tak 😉 Już od jakiegoś czasu nazwę bloga „notatki z podróży” traktuję mocno dosłownie i każdy wakacyjny dzień kończę sporządzeniem właśnie takiej pomocniczej „notatki”, która jest doprawdy zbawienna przy tworzeniu wpisu praktycznie rok później. Odwiedzone miejsca (zwłaszcza te gastronomiczne) mamy też z Michałem zawsze odznaczone pinezkami na mapach Google. Tak więc pamięć pamięcią, ale nawet ta najlepsza potrzebuje dobrych ściągawek.

  2. Nie dziwię się, że Lustro wody to miejsce fotografowane najczęściej. Wrażenie spektakularne na zdjęciach, to wyobrażam sobie jak musi wyglądać w rzeczywistości. Samo miasto z jego architekturą wygląda bardzo zachęcająco i zapraszająco na długi spacer.

Write A Comment

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.