Hola amigos! Po raz pierwszy meldujemy się w powiększonym składzie 😀 Przechrzciliśmy nasze rodzinne biuro turystyczne M&M’s Travel na M&M&M’s Travel i ruszyliśmy w pierwszą podróż z 6 miesięczną Małgosią.

Gotowa do podróży

Barcelona to nie był nasz pierwszy wybór. Ba, to w ogóle nie był nasz wybór a bardziej Małgosi. Tak w ogóle to pierwszą podróż samolotem w trójkę mieliśmy dziarsko zaplanowaną na jesień 2018. Potem stwierdziliśmy, że październik to jeszcze za wcześnie (cykor :P), następnie u Michała w pracy zablokowali urlopy na cały listopad, grudzień jest u nas zawsze miesiącem celebrowania zbliżających się świąt i ogarniania miliona prezentów i tak nagle znaleźliśmy się w styczniu. Zapewne nie jest to najszczęśliwszy a już na pewno nie najcieplejszy miesiąc na podróżowanie po Europie, ale bardzo chcieliśmy gdzieś uciec na chwilę zanim od lutego zacznę powoli wracać do pracy. Pomysłów na podróże nigdy nam nie brakuje, ale jak zaczęliśmy je weryfikować pod kątem Małgosi, to nagle okazało się, że nie mamy gdzie jechać 😀 Żeby było ciepło to nie Europa – odpada, bo mamy tylko tydzień a poza tym nie porwalibyśmy się na pierwszy tak długi lot z niemowlakiem (cykor). Może Dubaj albo Kanary? Niestety to znowu 5-6 godzin lotu (cykor). Na tapetę wjechał więc tradycyjnie basen Morza Śródziemnego, ale co jakieś miejsce uśmiechało się do nas z mapy, zaraz okazywało się, że styczeń to nie sezon i nie da się tam dolecieć bezpośrednim lotem (cykor), albo też lot bezpośredni owszem istnieje, ale godziny są dla nas nie do zaakceptowania, bo np. Małgosia chodzi spać o 19-tej i wiemy, że taka „przeciągnięta” do późna nie dałaby nam żyć w samolocie (mega cykor). W końcu od niechcenia sprawdziłam połączenie z Barceloną i … ideolo! Lot bezpośredni, krótki bo w 3 godziny jest się na miejscu, połączenie za dnia (a nuż będzie spać, bo jeszcze do tego w takich „drzemkowych” porach). Jest morze(!), lotnisko blisko miasta, można dojechać sprawnie transportem publicznym. No i w sumie fakt, iż już tam byliśmy był również na plus. Nie będziemy się spinać, że coś koniecznie musimy zwiedzić czy zobaczyć, bo większość „must see” mamy już odhaczone po poprzedniej podróży. Nic tylko jechać i się relaksować!

Nie ma spania jest impreza

Małgosia spisała się na medal! Na początek obudziła się sama niecałą godzinę wcześniej niż standardowo, czyli dokładnie tak jak mieliśmy ją budzić 😉 Nie protestowała mocno gdy zamiast pośniadaniowych zabaw przeszliśmy do wychodzenia na dwór. Następnie była pierwsza podróż autobusem. Generalnie na plus, choć mógłby jechać nieco szybciej 🙂 Na lotnisku było fajowo, miła pani przy odprawie i tysiące nowych metrów kwadratowych do zwiedzania. Załadunek do samolotu był chyba najbardziej frustrującym momentem dla naszego małego podróżnika. Była już bardzo zmęczona, chciała spać a tu się wszyscy pchają, usadawiają, hałasują, ciasno, gorąco, duszno a rodzice nie chcą nosić tylko trzeba siedzieć na miejscu i jeszcze przypinają pasami. Do tego samolot był praktycznie pełen a obok nas siedziała pani z psem na kolanach (to żeśmy się wzajemnie wylosowali). Początkowa histeria została ugaszona w ramionach taty <3 Małgosia zasnęła na cały … start samolotu. Po jakichś 20-30 minutach obudziła się i niestety do końca lotu nie było spania mimo ewidentnego zmęczenia. Raz jeszcze udało mi się ją ululać w kameralnej, ciemnej i szumiącej … toalecie, ale niestety jakieś turbulencje, których prawie nie było czuć, kazały nam wracać na miejsce 🙁 i to spanie również się skończyło zanim na dobre się zaczęło. Przez resztę lotu wspinaliśmy się na wyżyny kreatywności w stacjonarnym zabawianiu dziecka 😀 Na szczęście miejsce było nowe, więc znudzenie w siedzeniu nie przychodziło tak szybko jak w domu. Najlepszymi zabawkami lotu były (w kolejności występowania): plastikowy kubek, butelka po soku pomarańczowym, katalog pokładowy i papierowa torebka na wymioty.

Dotarliśmy – nasz widok z okna

Ku naszemu zaskoczeniu, dużo większym wyzwaniem niż sam lot okazał się transport z lotniska do miejsca noclegu. Trzy linie metra, dużo przystanków, schody! (nie wszystkie stacje w Barcelonie mają windy i oczywiście musieliśmy na taką trafić) a Małgosia znów dobijała do kresu swojej aktywności. Udało jej się nieco usnąć w pierwszej linii metra i na ostatniej prostej z metra do apartamentu. Nie mniej znowu były to tylko kilkuminutowe drzemeczki przerywane przez byle hałas 🙁 W tym miejscu słowa uznania należą się Hiszpanom. Po pierwsze nawet bardzo marudząca Małgosia w metrze nie robiła na nich żadnego negatywnego wrażenia. Po drugie rozkoszna i „gwiazdorząca” Małgosia w metrze robiła na nich rozbrajające wrażenie 😀 I po trzecie Michał w zasadzie ani razu nie musiał prosić o pomoc w targaniu wózka przez niezliczone schody na stacji Urquinaona. Hiszpanie (a w zasadzie Hiszpanki) sami oferowali swoją pomoc tak, że ja mogłam nieść gwiazdę a Michał walczył z 25kg walizką (sztuka pakowania trzech osób na tydzień do jednej torby :D).  Około 15-tej dotarliśmy na miejsce. To był naprawdę męczący dzień. Małgosia była mega dzielnym zuchem podróżnikiem. W nagrodę do kaszy na kolację dostała po raz pierwszy owoce (gruszka Williams okazała się mega sukcesem; po ostatniej łyżeczce kaszy nastąpiła wielka awantura, że to już koniec) a potem była kąpiel w prawdziwej dużej dorosłej wannie 😀

* Michał przeprasza za jakość zdjęć, ale wszystkie były robione telefonem 🙂 Zobaczymy jak będą wyglądać zdjęcia w następnych wpisach, bo chyba nie mamy ze sobą kabla do aparatu 😀

Autor

2 komentarze

  1. No jest wspólna rzecz, która łączy mnie z Małgosią , obie wybrałyśmy się po raz pierwszy samolotem w to same miejsce! Życzę przede wszystkim wspaniałego hiszpańskiego słońca i udanego pobytu

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.