Gdy przed lądowaniem pilot zapowiedział, że temperatura w Warszawie to ok. 10 stopni, od razu odechciało nam się spać (a zbliżała się północ). My to jeszcze nic. Tuż przed odlotem z bólem serca wskoczyliśmy w długie spodnie i kryte buty a bluzy mieliśmy w pogotowiu. Część pasażerów wpakowała się jednak na pokład w szortach, koszulkach bez rękawów i japonkach, więc gdy trzymali nas na płycie lotniska w oczekiwaniu aż wszyscy pasażerowie opuszczą samolot, zgodnie razem szczękali zębami 😉

Całe szczęście lot powrotny mieliśmy dopiero po południu. Mogliśmy więc z Fuerteventurą pożegnać się na spokojnie. Do 12-stej godziny pakowaliśmy się i wyjadaliśmy ostatnie rzeczy z naszej hotelowej lodówki a następnie udaliśmy się zobaczyć jeszcze raz hit dnia poprzedniego – wioskę El Puertito de Los Molinos. Hotelowe karaoke ponownie zagwarantowało chmury przez całą pierwszą połowę dnia. Z przyjemnością jednak pomoczyliśmy stopy w oceanie a następnie wdrapaliśmy się na taras restauracji Las Bohemias del Amor na powtórkę z przepysznej ryby. Nasz kanaryjski dziadek od razu nas poznał i bardzo ucieszył się na nasz widok.

Gdy pałaszowaliśmy obiad, ponownie wyszło słońce i towarzyszyło nam już do końca. Na lotnisko wracaliśmy bez posiłkowania się mapą. Jak zwykle trzeba wracać w momencie gdy choć trochę poczujemy się jak u siebie 😉

 

Autor

1 komentarz

Napisz komentarz