Prawa, lewa, prawa, lewa. Miarowo zanurzam to jeden, to drugi koniec wiosła w krystalicznie czystej wodzie. Prawa, lewa, prawa, lewa. Czuję jak kajak nabiera prędkości i gładko sunie po tafli jeziora. Wiatr mierzwi mi włosy, słońce przypieka w ręce. Widać to całe „kajakowanie” to nie jest jakaś arcytrudna sprawa – myślę sobie. Może trochę dłonie (tłuste od kremu z filtrem) ślizgają mi się po plastikowym wiośle, ale jak dobrze mi idzie! Nagle czuję, że wyraźnie zwalniam. Prawa, lewa, prawa, lewa. Ręce niby cały czas robią to samo, jednak ich praca przestała przekładać się na sprawne pokonywanie kolejnych metrów.
– MichaaAaaał – rzucam do tyłu – Wiosłujesz?
– Nie, musiałem zrobić zdjęcie.
Eh, zupełnie jak na crossficie. Serce śpiewa „Mam tę moc!” a ręce na to: niemożliwe!

15 km! Tyle wystarczy by 100% miasta zamienić na 100% (no dobra 90%) natury. Tyle mniej więcej dzieli centrum Skopje od Jeziora Matka położonego w kanionie o tej samej nazwie. Oznakowanie dojazdu i samego miejsca nieco po taniości 🙂 Dzięki Google za możliwość pobrania map offline. Nie wiem czy bez nich bylibyśmy tacy pewni, że tam dalej za drogą, z której ktoś zwinął asfalt a teraz tarasuje ją koparką, jest główna atrakcja turystyczna regionu. Gdybyśmy jeszcze wybrali się tam później, sznurek zaparkowanych samochodów byłby pewną podpowiedzią, ale takie ranne ptaszki jak my dotarły do kanionu jako jedni z pierwszych.

Kanion Matka – Jezioro Matka

Główną bazą wypadową w okolicy jest malowniczo położony Hotel Canyon Matka. Można tu obrać jeden z pieszych szlaków w górę lub też zdecydować się na wydrążoną w skale ścieżkę wiodącą wzdłuż jeziora. Ma ona około 10 km i kończy się tuż naprzeciw jaskini Vrelo – kolejnej atrakcji tego miejsca. Tak dokładnie, słowo klucz „naprzeciw” 🙂 Aby wejść do jaskini, trzeba do niej dopłynąć. Do wyboru jest rejs łodzią motorową w bliskim (dosłownie) towarzystwie przypadkowych osób lub też romantyczna wycieczka napędzana siłą własnych rąk: kajaki 😀 Michał bardzo chciał popłynąć kajakiem i w każdej minucie krótkiego spaceru, w jaki udaliśmy się wzdłuż jeziora, próbował obrzydzić mi to „pójście na łatwiznę” jakim było wykupienie rejsu łodzią. Zgodziłam się. W sumie nigdy w życiu nie płynęłam kajakiem! I muszę przyznać, że to była fantastyczna przygoda, choć nie ukrywam, że najlepsze chwile to te, w których wiosłował sam Michał 😛

Dopłynęliśmy do jaskini a w zasadzie do metalowych schodków wiodących w górę, przy których stała zacumowana motorówka i jednocześnie dobijała następna. Spodziewaliśmy się jakiegoś molo, miejsca gdzie swobodnie można by przycumować kajak a nie walczyć o dostęp do wąskich schodów z łódkami, których konstrukcja zapewnia zejście na ląd suchą stopą dla wszystkich, których ma własnie na pokładzie. Poczekaliśmy chwilę na rozwój wypadków. Niestety na horyzoncie widzieliśmy tylko kolejne motorówki. Postanowiliśmy nie czekać dalej i ruszyć w powrotną podróż pozostawiając jaskinię Vrelo nieodkrytą. No cóż. Podejrzewamy, że i tak to co najpiękniejsze widzieliśmy z poziomu naszego kajaka 😀

 

Autor

3 komentarze

  1. Ręce i mnie zabolały od wiosłowania… Warto było popłynąć z wami i zobaczyć te piękne widoki.

Napisz komentarz