Poranna ucieczka z hotelu, została zaplanowana na godzinę piątą rano. Nieprzyjazna atmosfera okolicy nie pozwoliła na pełnowartościowy wypoczynek. Ja wprawdzie spałem jak dziecko, ale Monia już nie najlepiej. Poranna toaleta, zbieramy rzeczy, wymeldowanie z hotelu i możemy ruszać. Przy wyjściu Pani próbowała nas jeszcze raz skasować za nocleg, który był opłacony w momencie rezerwacji. Recepcjonistka z dziwną miną przyjęła tą informację,  wydała nam  rachunek i mogliśmy wreszcie uciekać stąd ;).

Wjeżdżając na autostradę pożegnaliśmy Zagrzeb z lekkim posmakiem zepsutego wrażenia. Poranek nie nastrajał nas za bardzo. Pochmurno, ciemno, ale może to i lepiej, że nie będzie dokuczało nam słońce. Szybko okazało się, że z dwojga złego chyba jednak wolimy słońce. Na początku lekko kropiło, w miarę jak pokonywaliśmy kolejne kilometry, niewinny deszczyk zmienił się w regularną ulewę, która dotrzymywała nam towarzystwa przez następne 220 km. Przed Zadarem powoli zaczęło się wypogadzać a zza chmur wychodziło nieśmiało słońce. Następne 250 km pokonaliśmy lekko i przyjemnie. Na horyzoncie co raz pojawiał się błękitny Adriatyk. Jak się okazało później, wybrana przez nas na postój i śniadanie stacja benzynowa, była ostatnią na chorwackiej autostradzie. Kawa, kanapki i chwila przerwy. Po dłuższym odpoczynku ruszyliśmy dalej. Mając w perspektywie niezbadany przez nas odcinek autostrady, wiedzieliśmy, że poza asfaltem na wiele nie możemy liczyć – dotankowaliśmy do pełna, tak aby nie było niemiłych niespodzianek. Nieco się zawiedliśmy końcem autostrady, ponieważ od 3 lat, kiedy jechaliśmy nią ostatnio, wiele się w tej kwestii nie zmieniło. Teren przy autostradzie był bardziej zagospodarowany, pojawiło się oznakowanie i regularne bramki na wysokości miejscowości Vrgorac, gdzieś w oddali widać było budowany dalszy odcinek drogi. Jednak z perspektywy kierowcy, w zasadzie nie zmieniło się nic. Koszt całego odcinka od granicy z Węgrami to 260 kn = ~140pln. Podróż w stronę granicy kontynuowaliśmy znaną nam drogą na Dubrownik. Przejeżdżając obok Slano – miasteczka, w którym mieszkaliśmy na malutkim campingu Bambo, podczas wakacji 3 lata temu – zdecydowaliśmy zrobić sobie tam mały postój. W Slano zatrzymał się czas 😉 Z nowości zauważyliśmy bankomat, budkę z „fast foodem” i kolejny sklepik z wakacyjnymi gadżetami. Z chłodnymi napojami ze sklepu i wypiekami z tamtejszej piekarni udaliśmy się do parku przy porcie. Zupełnie jak te 3 lata temu…

Granica państwa

Od Dubrownika do granicy jest już tylko kilkanaście kilometrów, ale brak autostrady skutecznie wydłużył naszą podróż. O ile wyremontowana nawierzchnia nie sprawiała nam problemów, bo w porę położono nowy asfalt, o tyle odcinek tuż przy granicy przyprawił nas prawie o zawał. Dziury na Krochmalnej (przed remontem) w Lublinie przy tym co zobaczyliśmy to mały pikuś. Na pewnym odcinku brakowało fragmentu  nawierzchni. To nawet nie była szutrowa droga. Pod kołami znalazły się sporej wielkości kamienie, usypane zamiast nawierzchni, nie wiem czy to utwardzenie pod asfalt, czy sposób na oszczędności. W żółwim tempie pokonywaliśmy kolejne metry, tak aby nie uszkodzić zawieszenia. Doczłapaliśmy tak, do jak nam się wydawało asfaltowej drogi. Nasza radość nie trwała jednak długo. Droga przed nami nieco się zwężyła… ponieważ prawy pas został tak jakby „zaorany” i tak prawie do samej granicy. Do dyspozycji 1,5 pasa a z na przeciwka nadjeżdżały nawet autokary.

Paszporty i blachy z UE mają moc! Przejeżdżając przez granicę Chorwacko – Bośniacką usłyszeliśmy tylko „dalej”. Przy wyjeździe z Chorwacji padło tylko „ok” a przy wjeździe do Czarnogóry, uśmiechnięty urzędnik przywitał nas mówiąc „Polska?!” i wbił nam pamiątkowe pieczątki do paszportów. Takie odprawy lubimy! Bałkańscy podróżni, stojący na bocznych pasach kontroli, nie mieli tyle szczęścia.

Drogi w Czarnogórze nie sprawiają większych problemów, a występujące nierówności nie przeszkadzały jakoś specjalnie w jeździe. Co prawda nie ma 4 pasów, nie ma autostrad i większych prędkości, co znacznie wydłuża podróż, ale można podziwiać widoki nawet z perspektywy kierowcy. Szczególnie, że Boka Kotorska jest bardzo urokliwym miejscem. Wyjeżdżając z jednej miejscowości wjeżdżamy do kolejnej i tak aż do samego Kotoru. Zauroczeni miejscem, postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę w okolicy Kamenari i popodziwiać Perast z drugiego brzegu. Postaramy się zobaczyć jak najwięcej z tych miejsc, będąc już w naszej drugiej lokalizacji. Dotarcie do celu zajęło nam jeszcze około dwóch godzin. Przy okazji obserwowaliśmy sporą ilość zagranicznych tablic rejestracyjnych, w tym niemieckie, włoskie a nawet francuskie, kilka polskich także.

Autor

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.