Jakże szybko nastał 3 dzień naszego mikro urlopu. Na szczęście powrotny samolot mieliśmy dopiero wieczorem, tak więc większość dnia mogliśmy przeznaczyć na dalsze „ogarnianie miasta”.

Jako pierwszy na klatę wzięliśmy Ośrodek Kultury Morskiej. Zainteresowała nas interaktywna wystawa „Ludzie – Statki – Porty”. Niemrawa pani w kasie spojrzała na nas:

– Bilet na Żurawia?
– Nie. Na tą interaktywną wystawę.
– Ale to jest wystawa dla dzieci. Zresztą właśnie mamy tam wycieczkę szkolną, więc i tak nie można by było wejść.
W tej chwili „wewnętrzne dziecko” każdego z nas doznało wielkiego zawodu. Jak to „dla dzieci”? My też chcielibyśmy puszczać łódki w basenie i robić te wszystkie inne fajne rzeczy, które widzieliśmy na plakatach 🙁 How rude!
– A ta wystawa „Łodzie ludów świata”? – dopytujemy w nadziei, że ośrodek ma nam co zaoferować w zamian.
– Aaa, no to widzą Państwo to takie o co tam wisi – odpowiedziała wyczerpująco pani w kasie wskazując przy tym palcem na zawieszone pod sufitem canoe czy coś na jego kształt.
– To dwa bilety na Żurawia poprosimy.

I to by było na tyle z oryginalnych, multimedialnych atrakcji na jakie się napaliliśmy 😉 W zamian poszliśmy zwiedzać wnętrze słynnego gdańskiego Żurawia i musimy przyznać, że muzeum bardzo ciekawe. Dla mnie – fanki nieoczywistych rozwiązań architektonicznych, ukrytych przejść i zakamarków – największą frajdą było to, że poszczególne sale połączone były ze sobą to jakimś korytarzykiem, to schodami w górę, to w dół. Eksponaty eksponatami, ale najbardziej byłam ciekawa jak poprowadzi nas dalej ścieżka zwiedzania.

Następnie postanowiliśmy dać szansę jeszcze jednemu domowi – Domowi Uphagena. Dom Artusa nie zachwycił, ale ten miał być ponoć fantastycznie zachowanym przykładem mieszczańskiego wnętrza z XVIII w. a ja od zawsze uwielbiam zwiedzać wszelkie pałace i domy z zachowanym lub odwzorowanym oryginalnym wystrojem. No i miałam szczęście! Nie dość, że zachowało się dużo mebli, to jeszcze fakt, iż „mieszkanie” było zaaranżowane w całej kamienicy i naprawdę było gdzie tam chodzić. Do tego kolejne schodki, to w górę to w dół, kolejne korytarze i przejścia. Kurcze, to się nazywa metraż! A mnie jak zawsze interesowało co się znajduje akurat za tymi drzwiami, za które nie wpuszcza się turystów albo gdzie prowadzą schody z tabliczką „wstęp wzbroniony”.

Gdańsk - Monia i Galeon LewTrzeba przyznać, że pogoda tego dnia to było po prostu marzenie. Bez okularów słonecznych ani rusz a kurtki nosiliśmy przez większość czasu w rękach. Żałowaliśmy, że plaża w Jelitkowie jest tak daleko. Ciągoty do piasku i wody zawiodły nas na … statek 😉 Co prawda rejs był po Motławie a nie morzu, ale znając naszą chorobę morską i te opowieści z dzieciństwa o tym co Monia zostawiła w kapturze podczas rejsu po Bałtyku, to nawet lepiej.

W piątek dało się już odczuć, że jesteśmy w miejscu bardzo turystycznym. W Śródmieściu zrobiło się gęsto od ludzi. Restauracje z ogródkami na świeżym powietrzu przeżywały oblężenie. Ba, nawet nasz statek miał komplet a przecież takich rejsów jest kilka na dzień. Co więcej, wszędzie słychać było miks języków wszelakich. Najwięcej niemieckiego oczywiście, ale zdarzał się i angielski i hiszpański a także takie, których nie potrafimy powiązać z żadną narodowością. Poprzedniego wieczoru, gdy drinkowaliśmy w hotelu albo nawet tego samego dnia rano przy śniadaniu, trzeba było się bardzo wysilać by usłyszeć polską mowę.

O godzinie 16-stej wymeldowaliśmy się z hotelu i z walizkami poszliśmy na obiad do Pierogarni u Dzika (całkiem ok, ale do ruskich mojej mamy to im nawet nie blisko). Na deser natomiast wybraliśmy muffiniarnię Fajne Baby, gdzie, ku wielkiemu zdziwieniu sprzedawcy, pochłonęliśmy na miejscu po dwie porządne cupcake na głowę.  Trochę obawialiśmy się, czy Ryanair nie będzie miał problemów z wyważaniem samolotu po takiej dawce jedzenia, ale jak zobaczyłam Panią, obok której miałam siedzieć w drodze powrotnej, stwierdziłam, że co jak co, ale to raczej nie my bylibyśmy przyczyną tego rodzaju problemu 😀

 

 

Autor

1 komentarz

  1. Doniesiono mi, że pojawiły się wpisy z Waszego pobytu w Gdańsku – i zamiast dotować obiad (jeszcze zdążę) powędrowałam z Wami nad morze. To było jak zwykle bardzo miłe przeżycie i … trochę wspomnień.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.