Jeśli ktoś kiedykolwiek w mojej obecności będzie narzekał na prędkość warszawskiego metra, wyślę go na wycieczkę krajoznawczą do Singapuru (na jego koszt oczywiście). Nie dość, że gdy jedzie nad ziemią, to widać jak wyprzedza je autobus, to jeszcze ta cała kultura, organizacja i bezpieczeństwo, która najpierw odczekuje chwilę zanim powoli otworzy drzwi a potem jeszcze powstrzymuje ludzi przed najzwyklejszymi w świecie przepychankami, nakazując im wchodzić i wychodzić według strzałek na peronie. I to wszystko trwa. Długo.

Singapurskie zooNasza dzisiejsza wyprawa do zoo obejmowała przemieszczanie się metrem i autobusem. Mieliśmy do pokonania ok 17 km transportem publicznym i szczęśliwie zamknęliśmy się w niecałych 2 godzinach w jedną stronę. Nie żałujemy jednak czasu spędzonego w przyjemnym chłodku klimatyzacji. Dla takiego zoo jak singapurskie było absolutnie warto! Niesamowicie bujna roślinność, której wyraźny imbirowo-cytrynowy zapach świdrował nozdrza, część zwierzaków (głównie małp) puszczona wolno a reszta wydawała się być bliżej niż do tego przywykliśmy. Najlepiej zapamiętamy dwa lwy morskie, które ewidentnie gwiazdorzyły przed nami w swym basenie, kangura z małym bejbikiem w torbie oraz misia polarnego (maskotkę zoo), który ma nawet swoją stronę na wikipedii. Inuka, bo tak ma miś na imię, nie był dziś skory do zabawiania swoich gości, postawił na chillout i bicze wodne wystawiając pupę i grzbiet pod strumień wodospadu.

Singapur - Orchard RoadZ zoo przemieściliśmy się do ścisłego centrum a dokładniej na Orchard Road, czyli takie singapurskie Rodeo Drive lub Champs-Élysées. Louis Vuitton, Prada, Michael Kors, Gucci, Tiffany, znowu Prada i LV jakby ktoś przeoczył te pierwsze 🙂 Napotkane pośród nich H&M, ZARA i Quicksilver wyglądały jak kopciuszki w tak dostojnym towarzystwie. Śmiałam się nawet, że na Orchard Road luksus wchodzi na nowy poziom: klimatyzacji na dworze. Różnica temperatur między sklepami a dworem była tak duża, że ilekroć w którymś otwierały się drzwi, na skórze czuć było przyjemny chłodek. Spodziewałam się, że cały Singapur będzie taki jak jego centrum – betonowo-marmurowo-szklany, nowoczesny, lśniący i luksusowy. Tak naprawdę jest bardzo różnorodny i zielony! Ilość drzew, parków, trawników zaskakuje. Podobnie jak rozplanowanie przestrzeni. Miejsce przecież jest ściśle ograniczone i o ile sztucznie nie dosypią sobie lądu, to więcej go już nie będzie. Oczekiwałam więc wieżowców w każdej dziurze i budowy na każdym placu. Zastałam rozmach budowlany, owszem, ale głównie w pionie. Bloki mieszkalne po 30 pięter i więcej, ale w poziomie nie czuć przesadnej walki o każdy cm.

Singapur - Little IndiaWspomnianą różnorodność widać przede wszystkim w takich dzielnicach jak wczorajsze Chinatown lub Little India, którą odwiedziliśmy dziś po drodze. Niczym państewka w państwie. W pierwszym na każdym kroku krawiec chciał Michałowi uszyć garnitur, w drugim z łatwością dostałabym sari na miarę i obkupiła się w złoto a to wszystko przy intensywnym zapachu kadzidełek.

Singapur - Chinatown ComplexNa kolację pojechaliśmy do Chinatown z misją odnalezienia pierwszej na świecie budki z jedzeniem, której przyznano gwiazdkę Michelin. Powiodło nam się niestety tylko połowicznie, bo co prawda trafiliśmy do Chinatown Complex i wśród dużej ilości stoisk z jedzeniem (dużo większej niż wczorajszy Maxwell Food Center) udało nam się zlokalizować tę jedną, jednak Pan sprzedał już wszystko co miał przygotowane na ten dzień i po prostu zwijał interes. Zmuszeni zostaliśmy wybrać coś innego. Michał poszedł ponownie w kurczaka, tym razem w towarzystwie makaronu (gorsze niż wczoraj) a następnie doprawił się jeszcze oryginalnym, smażonym na oleju z orzechów arachidowych, daniem złożonym z owoców morza, kiełków sojowych i makaronu (dobre jak wczoraj). Ja trafiłam najlepiej. Jadłam coś w rodzaju aromatycznego bulionu z makaronem, grzybami i zieloną cebulką (chyba) a do tego miałam do chrupania niezidentyfikowane coś, smażone na głębokim oleju z mikroskopijną ilością mięsnego farszu. Chrupało i smakowało trochę jak nasze prażynki a całość bardzo mi smakowała.

Na koniec wpisu pogodowy apel. Singapurze, błagam o słońce! Skoro powietrze masz duszne, lepkie i wilgotne. Skoro temperatury oscylują codziennie w okolicach 30 stopni. Skoro i tak ubranie przykleja się do ciała a włosy do twarzy i szyi, to czemu wciąż widzę w 100% zachmurzone niebo? Wraz ze słońcem dostałabym przynajmniej ładny koloryt skóry na osłodę nieustającego uczucia spocenia.

Autor

1 komentarz

  1. Wow! Poranna kawa azjatycko-lubelska smakowała znakomicie (dzięki Wam). Fajnie jest zwiedzać Singapur i siedzieć w domu.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.