Sycylia z dwulatkiem – takie wakacje rządzą się swoimi prawami. Postanowiłam zebrać nieco praktycznych informacji o tym jak to wyglądało u nas. A nuż komuś się przydadzą 🙂

Lot

Na Sycylię polecieliśmy Wizzairem, który w tym przypadku nie miał prawa nazywać się „tanimi liniami”, bo za bilety zapłaciliśmy jak za zboże. No cóż, w roku koronawirusa każdy próbuje nadrobić straty jak tylko może. Bezpośredni lot Warszawa – Katania to zaledwie 2 godz. 45 minut, tak więc w sam raz dla rodziców bardzo niecierpliwych i ruchliwych dzieci.

Lotnisko w Katanii położone jest w obrębie miasta, więc jeśli ktoś zamierza na pierwszy nocleg udać się właśnie tam, całość podróży może odbyć się naprawdę sprawnie. My z tej dogodności skorzystaliśmy w dzień wyjazdu. Lotnisko w Katanii ma fast-track dla osób niepełnosprawnych i rodzin z dziećmi. Co prawda nie jest to oddzielna ścieżka, a niejako ominięcie znacznej części regularnej kolejki, na szczęście na końcu i tak całym ruchem zarządza obsługa, więc nie trzeba się samemu wbijać przed inne osoby.

Samochód

Po Sycylii poruszaliśmy się wypożyczonym samochodem (tym razem padło na Hertz). Część wypożyczalni ma swoje „okienka” w budynku terminala, część tuż obok głównego parkingu (tak było w naszym przypadku). Trzeba się tam kawałek przespacerować, ale nie jest to jakaś duża odległość. Od zawsze zadziwia mnie niepotrzebne przedłużanie i komplikowanie prostego przecież procesu wypożyczenia auta. Gdy wszystkie dane zostały uzupełnione online, samochód lub kategoria wybrane, dodatkowe gadżety wyklikane, decyzja odnośnie ubezpieczenia podjęta, nie pozostaje przecież nic innego jak zapłacić i przekazać kluczyk… W teorii. W praktyce za każdym razem trwa to w nieskończoność, bo większość całego wirtualnego procesu jest odtwarzana w wersji na żywo. Tym razem nie było inaczej. Małgosia zdążyła się już znudzić i zniecierpliwić czekaniem, usnąć, zdrzemnąć i ponownie obudzić a Michał wciąż oczekiwał w kolejce. Najgorsze było to, że tam nawet nie było gdzie czekać. Żadnej poczekalni, ławki czy krzesła a ludzi multum. Co więcej, ze względu na pandemię w budynku mogła przebywać tylko ograniczona liczba osób, więc oczywiście musiało zacząć padać…

Samochód jak samochód. Standardowo nie dostaliśmy tego co chcieliśmy. Najważniejsze by zmieścić się w bagażnik 😀 . Fotelik dziecięcy firmy Chicco, który oczywiście kosztował nas dobry worek euro dziennie, był takim rupieciem, że doprawdy z każdym kilometrem zastanawiałam się, czy jakkolwiek zwiększa on bezpieczeństwo mojego dziecka. Nie dziwię się, że wypożyczalnie nigdy nie montują fotelików same. Kto by chciał się z tym męczyć. Odpowiednie przełożenie pasów to zawsze nie lada wyzwanie, zwłaszcza dla rodziców przywykłych do isofixów i baz, ale tym razem sama konstrukcja fotela dawała +10 do skrajnych emocji. Każdego dnia pasy dla dziecka blokowały się o jakieś wystające elementy z tyłu, tak że nie można było ich nijak poluzować i tym samym zapiąć w nich Małgosi. Trzeba było fotel wyjmować, pasy „uwolnić” a następnie gimnastykować się z montażem na nowo.

Zakwaterowanie

Nocowaliśmy łącznie w trzech różnych lokalizacjach: dwa razy wynajmowaliśmy całe mieszkanie a raz duży apartament w pensjonacie typu B&B. Myślę, że nie ma co się nastawiać na jakieś ułatwienia pod dzieci. Jedynie we wspomnianym B&B mogliśmy zażyczyć sobie łóżeczko dziecięce, ale finalnie z niego nie skorzystaliśmy. Warto przygotować się na schody lub małe klaustrofobiczne windy, w których podróżniczy dobytek trzeba przewozić na raty. Ponadto prędzej prysznic niż wanna.

Jedzenie

W moim odczuciu Włochy to jest jeden z łatwiejszych jedzeniowo krajów dla dzieci. Pizza, makaron, risotto, słodkie rogale cornetti, dużo owoców, przepyszne lody. Największe przekleństwo tego kraju (jak i innych krajów śródziemnomorskich) to osławiona sjesta, czyli taki czas w ciągu dnia, gdy Małgosia w końcu robi się porządnie głodna a wszystkie knajpy wokół zamykają się do wieczora. I jeśli taka restauracja ma na drzwiach lub w Google jasno napisane, że jest otwarta do 15:30 a potem dopiero od 20:00, to niech jej będzie. Nie zrozumiem jednak takich, które wg „godzin otwarcia” funkcjonują nieprzerwanie, a w praktyce robią sobie sjestę, tylko taką przemilczaną. Największego pecha mieliśmy w Katanii. Najpierw w pierwszej restauracji zostaliśmy posadzeni przy stoliku tylko po to, by kelner mógł o nas ostentacyjnie zapomnieć i zająć się sprzątaniem innych stołów. W następnej poinformowano nas, że owszem, są otwarci, ale możemy zamówić jedynie coś do picia. Ostatnią deską ratunku w takich sytuacjach okazywały się różnego rodzaju piekarnio-cukiernie, w których szukaliśmy ciepłych arancini, focacci, pizzy na kawałki czy innego rodzaju wytrawnych wypieków. Niestety odnalezienie ich na naszym podróżniczym szlaku również często graniczyło z cudem.

Oto miejsca, które ocaliły nam życie:

  • Giardini-Naxos: cukiernio-piekarnia Sindona Gerardo – stąd jedliśmy nasze pierwsze arancini, które w ostatecznym rozrachunku okazały się najlepsze z całego wyjazdu
  • Castelmola: pizzeria/restauracja Nina – zazwyczaj byliśmy tam późnym popołudniem i pod wieczór (wypadałoby więc sprawdzić dokładnie godziny „urzędowania”); przyzwoite jedzenie w niewygórowanych cenach
  • Taormina: „barek” Scialati – ciepłe arancini i coś w rodzaju focacci z nadzieniem; nasza jedyna deska ratunku podczas popołudniowej drzemki Małgosi w pobliskim parku
  • Syrakuzy:
    • focacceria Panificio Delle Antiche Tradizioni – totalny sztos! nie dość, że czynna od rana przez cały dzień, to jeszcze jak karmi!; calzone z brokułami wspominam do dziś
    • kawiarnia tuż za wejściem na teren Parku Archeologicznego w Neapolis (mniej więcej tutaj) – prócz ciepłych/zimnych napojów i lodów sprzedawali również arancini i kanapki
  • Marzamemi: bar Fritti in un Coppo – owoce morza z frytury sprzedawane w papierowych rożkach; pycha!; Małgosia też się zajadała
  • Katania: cukiernio-piekarnia Pasticceria Savia – chyba jedyne miejsce w całym centrum Katanii, gdzie w czasie sjesty można zjeść jakiś ciepły gluten

Atrakcje

Wakacje rodzinne to sztuka kompromisów i żonglowania aktywnościami tak, by każdy dostał coś dla siebie. Poszukiwanie atrakcji dla Małgosi, które odpowiednio osładzałyby jej nudy zwiedzania i spacerów bez celu, było naszym chlebem powszednim. I o ile na dany dzień mieliśmy zaplanowane plażowanie, to problem rozwiązywał się sam. W przeciwnym razie trzeba było kombinować. Były więc harce na placach zabaw (lista poniżej), oglądanie kolorowych wystaw butików z pamiątkami lub zabawkami, zaglądanie od fontann (np. tej, tej i tej), w których obowiązkowo trzeba było dotknąć wody, chowanie się między nogami kolorowego słonia na Piazza Università w Katanii i oczywiście niezliczone ilości zjedzonych lodów.

Place zabaw:

  • Giardini-Naxos: tutaj i tutaj – jedyne place zabaw, jakie udało nam się znaleźć w tej miejscowości; niewyszukane i przy ulicy, ale jak się nie ma co się lubi…
  • Syrakuzy:
    • plac zabaw w Giardino dei Marinaretti – duży i zacieniony; zarówno dla maluchów jak i starszych; część sprzętów niestety mocno obsrana przez ptaki ;/
    • plac zabaw tuż obok Gelateria Bianca –  ulubiony plac zabaw Małgosi z tzw. ciuchcią, do której można było wejść
    • place zabaw w Parco del Foro Siracusano – na przeciw lodziarni Bianca z poprzedniego punktu znajduje się niewielki park, w którego różnych zakątkach porozmieszczane są pojedyncze sprzęty dla dzieci
  • Katania: plac zabaw w Giardino Bellini – podzielony na dwie części: dla mniejszych i większych dzieci; bardzo uczęszczany

Plaże:

  • Giardini-Naxos: Lido di Romantica (komercyjna) – nasze pierwsze plażowanie tych wakacji; zejście do wody trochę kamieniste i z dość dużym uskokiem; zdjęcia w tym wpisie
  • Syrakuzy: Spiaggia di Cala Rossa – malutka kamienista plaża położona na Ortigii; ok dla szybkiego zanurzenia stópek w wodzie w ramach przerwy w nudnym zwiedzaniu, ale na dłuższe zabawy jednak brakuje tam piasku; specjalne buty do wody mile widziane; zdjęcia w tym wpisie
  • Lido di Noto: Lido Azzurro Noto (komercyjna) – ciemnozłoty, gruboziarnisty piasek i płycizna ciągnąca się tak daleko, że można dojść do bojki; zdjęcia w tym wpisie
  • Reitani obok Marzamemi: Lido Beach Agua na plaży San Lorenzo (komercyjna) – najlepsza plaża tych wakacji; drobniusieńki piasek, bardzo łagodne zejście do wody, wielgaśne parasole, pełne zaplecze sanitarno-gastronomiczne i wisienka na torcie: plac zabaw!; zdjęcia w tym wpisie
  • Katania: Le Capannine (komercyjna) – trafiliśmy chyba na koniec sezonu, bo prawie wszystko było już pozamykane lub w fazie porządkowania i nikt nie chciał od nas pieniędzy za leżak; łagodne zejście do morza; dużo muszelek; w łazience był nawet przewijak; zdjęcia w tym wpisie

Inne

Ragusa - Małgosia w lektyce.
Ragusa – Małgosia w lektyce.

Bądźcie przygotowani na to, że nie wszędzie wygodnie będzie Wam z wózkiem (zwłaszcza jeśli miejscowość znajduje się na wzniesieniu). W Castelmoli np. nie ma praktycznie chodników. W Taorminie już lepiej, ale również zdarzyło nam się znosić Małgosię w wózku po dość spektakularnych schodach. W Ragusie natomiast wnoszenie tak się jej spodobało, że każde następne na trasie witała z dzikim entuzjazmem. Jak można się domyślić niestety tylko ona.

Autor

1 komentarz

  1. Jakże miło wspominam zabawy w ciuchci . Z perspektywy czasu nawet noszenie wózka z dwuletnią, ruchliwą zawartością po wielu, wielu schodach wydaje się być super .

Napisz komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.