Wszystko co dobre kiedyś się kończy 😉 Jeszcze niedawno przejęci wysiadaliśmy z samolotu rozpoczynając tym samym naszą paryską przygodę a tu dziś obudziliśmy się już w Lublinie. Całe szczęście, że powrotny lot mieliśmy dopiero wieczorem, mogliśmy więc pożegnać Paryż niespiesznie.

Wielkanocne śniadanie spędziliśmy w hotelu, jako, że nasza ulubiona boulangerie była w niedziele nieczynna. Ibis stanął jednak na wysokości francuskiego zadania serwując m.in. croissanty, pain au chocolat (francuskie bułeczki z czekoladą), ciasto do złudzenia przypominające naszą wielkanocną babkę, brioszki i naleśniki z konfiturami. Następnie zdaliśmy nasze bagaże do przechowalni i pojechaliśmy zrealizować ostatni punkt w planie zwiedzania – dzielnicę łacińską (Quartier latin).

Jardin du Luxembourg W okolicach Sorbony było dziś wyjątkowo pusto – studenci, kłębiący się tam zazwyczaj, wyjechali na święta. Turystom nie w głowie jednak były wielkanocne spędy rodzinne i w co popularniejszych miejscach, można było i dziś na nich liczyć. Po drodze zahaczyliśmy o Ogród Luksemburski (Jardin du Luxembourg) – największy w Paryżu. Pogoda postanowiła na nowo sprzyjać, więc tamtejszy krajobraz przypomniał nam od razu ten z ogrodów Tuileries sprzed kilku dni. Mnóstwo ludzi wygrzewających się na słońcu, dzieci puszczające żaglówki w fontannie, dorośli spożywający lunche na świeżym powietrzu. Słońce rozleniwiało. Musieliśmy co raz spoglądać na zegarek, wszak nasz wczorajszy czas był niestety ograniczony. W dalszej części spaceru napotkaliśmy na ciekawostkę – uliczny przejazd rolkarzy i wrotkarzy, którzy pod eskortą policji, na naszych oczach, wspólnie ruszyli jedną z głównych ulic dzielnicy łacińskiej.

Przed powrotem po bagaże postanowiliśmy coś zjeść. Przystanęliśmy na moment by zastanowić się chwilę na co mamy dziś ochotę. Traf chciał, że miejsce naszych przemyśleń znajdowało się tuż obok wejścia do Frogburger. „Najlepsze burgery w Paryżu” mówił potykacz. To było to, jako, że nasze umiłowanie do burgerów z prawdziwego zdarzenia (nie jakichś pseudo wynalazków z przypadkowych budek lub popularnych sieciówek) jest naprawdę niewiele mniejsze od tego, które żywimy do francuskich wypieków. Burgery zjedliśmy ze smakiem. Świetne mięso, pyszne dodatki, genialne frytki. Jedyny minus za „pompowaną” bułkę.

Z samolotuCzas gnał nieubłaganie. Po raz ostatni obraliśmy kurs stacji Convention linii numer 12, odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy łapać kolejkę na lotnisko. Jeszcze tyle Paryża zostało do odkrycia a my musieliśmy już wracać 🙁 Tradycyjnie czuliśmy smutek z powodu końca naszej kolejnej podróży wymieszany z niedosytem ale i wielką radością. W końcu spędziliśmy 5 cudownych dni no i spełniło się moje wielkie marzenie.

Autor

1 komentarz

  1. Święta, święta i po świętach… Paryż, Paryż i po Paryżu… Wszystko co dobre kiedyś się kończy – nie tylko dla Was. Dzięki za te piękne pięć dni spędzone z Wami na blogu – i za wszystkie piękne chwile spędzone w realu.

Napisz komentarz