Stałam na zadaszonym molo i z przerażeniem patrzyłam na coś co przypominało większą puszkę na sardynki a co dumnie nazywane było speed boat i miało nas dostarczyć z Penang na Langkawi. Od kilku dni na czwartek zapowiadano najgorszą pogodę i jak na złość wszystko zdawało się iść zgodnie z planem. Od rana zaczynało siąpić a niebo wskazywało, że lepiej nie będzie. Wiało. Od samego patrzenia na falującą wodę robiło mi się niedobrze, na pełnym morzu mogło być tylko gorzej. Było.

Nie musieliśmy nawet wypływać daleko. Wystarczyło, że łajba odpaliła swój speed silnik i ruszyła pełną parą przez fale. O matko. Bujało nią w górę, w dół, na prawo i lewo. Przez okna co raz widać było to wodę to niebo tak bardzo targało tą naszą puszką. Zamknęłam oczy wierząc, że to jedyny sposób żeby jakoś przetrwać ten rejs w jednym kawałku. Szybko pojawił się szelest foliowych torebek pozawieszanych nad siedzeniami i odgłosy wymiotujących osób. Boże jakie niektóre były straszne. Byłam przekonana, że i mój żołądek w końcu puści ze względu na te odgłosy i zapach … Charakterystyczny smrodek pojawił się w momencie, gdy wymiotować zaczął chłopak siedzący bezpośrednio za mną. Było gorąco. Miałam wrażenie, że wewnątrz nie ma żadnej wentylacji a duża ilość pasażerów generuje tylko ciepłe powietrze. Ogarnął mnie jakiś atak paniki, bo niebo się gniewa, morze szaleje a my zamknięci w jakiejś puszce bez grama świeżego powietrza z rzygającymi osobami w okół. Zginiemy. Wszyscy tu zginiemy. Zaraz pewnie ta łajba nie wytrzyma naporu wody i zacznie przeciekać. To będzie koniec. Cała byłam zlana zimnym potem. Michał, który znosił całą sytuację nieco dzielniej niż ja, ale też miał przez cały czas zamknięte oczy i też zlany był cały potem, pytał się co raz czy chce mi się wymiotować i poradził na wszelki wypadek zaklepać sobie ostatni wiszący woreczek. Jednocześnie zapewnił, że nie ma się czego bać i przynajmniej atak paniki mi względnie minął. Spojrzałam na zegarek. Wszystko trwało dopiero niecałe pół godziny. Zostało jeszcze 2,5. Najdłuższe godziny mojego życia.

Langkawi - nasza speed boatMój organizm nie poddał się, choć momentami było blisko i zawartość żołądka dowiozłam na Langkawi w całości. Całe szczęście na śniadanie zjadłam tylko małą słodką bułkę i kilka łyków herbaty. Strach pomyśleć co by się działo gdybym standardowo wcięła różne smażone rzeczy na ciepło. Na żadnym crossficie nie gadałam do siebie tylu motywujących i podnoszących na duchu frazesów w stylu „dasz radę”, „jesteś już za półmetkiem”, „tylko spokojnie” co przez ten rejs. Ostatnie 30 minut płynęliśmy między mniejszymi wysepkami, woda była tam już całkiem spokojna a niebo pojaśniało. Tego dnia jednak do samego wieczora czułam swój żołądek nieco wyżej niż normalnie a pierwszy porządniejszy posiłek zjadłam dopiero na późną kolację. Chyba raz na zawsze wyleczyłam się z wypływania na pełne morze czymś co nie jest olbrzymim promem no i całe szczęście, że do Singapuru wracamy samolotem.

Na osłodę morskich przeżyć przed nami kilka dni totalnego relaksu. Plaża, leżak i ładowanie akumulatorów z ciepłem, bo pogodowe wieści jakie dochodzą nas z kraju nie napawają optymizmem.

Autor

5 komentarzy

  1. To był ten jedyny dzień, gdy nie chciałam być na waszym miejscu. Podzielam zdanie Irenki – byliście dzielni i godni podziwu.

  2. …jak wynika z opisu Waszych przeżyć wnioskuję, że Michał zapomniał o wodolocie sprzed kilkunastu lat;)

  3. Czy na tę eskapadę zabrałaś kurteczkę z kapturkiem ? (to tak w ramach wspomnień wakacji roku 1988)

    • Monia Odpowiedz

      Czekałam na Twój komentarz i wspomnienie historii z kapturkiem 🙂 Kurtki nie miałam,ale miałam kapelusz. W razie czego nadałby się,choć nieco ażurowy.

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.