Ostatniego dnia pogoda dała czadu! Zupełnie jakby w jeden dzień chciała nam wynagrodzić cały ten deszcz. Żałowaliśmy, że finalnie nie ubraliśmy krótkich spodenek, które smętnie spoczywały na dnie szafki nieruszone. Nasze nogi pozostają więc nieskalane słońcem, za to ręce mamy opalone jak rowerzyści … do rękawków 😁

Grado – Max’in Bottega Del Mar Grado – Małgosia i tapas-kanapka z pastą rybną

Taki dzień mogliśmy spędzić tylko w jednym miejscu – Grado! Co prawda rozważaliśmy dalszą eksplorację regionu w postaci wycieczki do Udine, miasta o idealnym kształcie czyli Palmanovej, ewentualnie zamku Duino, ostatecznie stwierdziliśmy jednak, że tylko Grado może tego dnia ugasić nasze pragnienie lata. W kwestii jedzenia wybraliśmy nieco inaczej niż poprzednio. Zamiast dwudniowego obiadu postawiliśmy na „przekąski”: rewelacyjne tapas-kanapki z pastami rybnymi z baru Max’in Bottega Del Mar Grado oraz lody z lodziarni Angolo Gelato Grado położonej tuż obok, gdzie spróbowaliśmy najlepszej w naszym życiu gałki o smaku pistacjowym <3 Następnie standardowy spacer i plac zabaw dla Małgosi, gdzie zostałam zaatakowana przez … mewę! Serio! Zapatrzona w morze i budzącą się do sezonu plażę, jadłam słodkiego rogala cornetto, gdy nagle poczułam uderzenie w tył głowy i trzepoczące skrzydła tuż przy twarzy. Wielka i bezczelna mewa chciała mnie pozbawić jedzenia, jasno dając mi do zrozumienia, że ona jest u siebie a ja jestem tam tylko gościem. Poprzedniego dnia takie samo (a kto wie, może i to samo) ptaszysko zaatakowało naszego drona. Niczego się nie boją skurczybyki! Do końca dnia ogarniał mnie stan lękowy ilekroć usłyszałam charakterystyczne skrzeczenie.

Triest – pizza z Assaje

Wieczorem żegnaliśmy Triest jedząc na balkonie naszą ostatnią pizzę z Assaje ;( Żałowaliśmy, że w momencie, w którym w końcu pogoda pozwoliła nam poczuć się jak na wakacjach, musimy wracać do domu. Nasze słoneczne baterie zostały naładowane zaledwie w 30% – to zdecydowanie za mało! Mimo to, wyjazd jak najbardziej zaliczamy do udanych. Triest, Grado, zamek Miramare a nawet kurort Portopiccolo bardzo nam się podobały, mieliśmy szczęście do kilku kulinarnych zachwytów, wynajęte mieszkanie zdało egzamin a Małgosia okazała się rewelacyjnym współtowarzyszem (duuużo lepszym niż w Barcelonie w styczniu). Do Warszawy zabieramy więc ze sobą wspomnienia miejsc i smaków oraz zestaw dwóch filiżanek do espresso z limitowanej serii illy art collection 2019 – podejrzewamy, że w odróżnieniu od ich sióstr z poprzednich podróży, te nie będą tylko ozdobnym souvenirem.

Autor

Napisz komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.